poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Sharpe's Rifles (1993)

Jakiś czas temu krążył po internecie mem o tym, jakoby Sean Bean ginął w każdym filmie, w którym gra, zrobiony najwyraźniej przez kogoś, kto widział ze trzy filmy z tym aktorem i był straumatyzowany rozwojem wypadków w "Grze o tron". Aby więc zadać kłam powyższemu twierdzeniu, przedstawiam serię szesnastu filmów, w których bohater grany przez Seana Beana przeżywa całą wojnę, niezliczoną liczbę bitew, potyczek, pojedynków oraz rozprawiania się z osobistymi wrogami i choć odnosi wiele ran ciętych oraz postrzałowych (przynajmniej raz na film), to nigdy nie pozwala, żeby spowolniło go to na dłużej niż jeden-dwa dni albo spowodowało większe dolegliwości niż lekkie utykanie.

Richard Sharpe, bo tak właśnie się ten bohater nazywa, został wymyślony i opisany w serii powieści historyczno-przygodowych przez angielskiego pisarza Bernarda Cornwella, dziejących się w czasach, gdy mundury wojskowe projektowano chyba z założeniem, żeby najłatwiej było w nie celować przeciwnikowi oraz żeby zmieścić na nich największą możliwą ilość guzików. Część z tych powieści została zaadaptowana na filmy telewizyjne -- nie czytałam oryginałów, ale ponoć w wielu miejscach od nich odbiegające, a to z tego powodu, że czasami filmowcy kręcili szybciej, niż Cornwell pisał i musieli sami sobie dopowiadać dalsze ciągi (np. w przypadku części "Sharpe's Gold"). W nagłówku wymieniłam tylko tytuł pierwszego filmu z serii -- kolejne części powstały zaraz potem, w latach 90., plus dwie dodatkowe po prawie dziesięcioletniej przerwie. Wszystkie noszą tytuły według wzoru "Cośtam Sharpe'a": "Sharpe's Eagle" (1993), "Sharpe's Company" (1994), "Sharpe's Enemy" (1994), "Sharpe's Honour" (1994), "Sharpe's Gold" (1995), "Sharpe's Battle" (1995), "Sharpe's Sword" (1995), "Sharpe's Regiment" (1996), "Sharpe's Siege" (1996), "Sharpe's Mission" (1996), "Sharpe's Revenge" (1997), "Sharpe's Justice" (1997), "Sharpe's Waterloo" (1997), "Sharpe's Challenge" (2006) i wreszcie "Sharpe's Peril" (2008).

Tytułowego bohatera poznajemy w roku 1809, kiedy to ratuje on życie Arthura Wellesleya, przyszłego lorda Wellingtona, za co zostaje awansowany do stopnia porucznika. Stając się odtąd obiektem snobistycznej pogardy innych oficerów, oburzonych wyniesieniem tak wysoko prostego żołnierza, człowieka bez arystokratycznego pochodzenia i koneksji. W kolejnych filmach będziemy śledzić zmagania jego i jego dzielnej kompanii w czasie wojen napoleońskich i bezpośrednio po nich -- najpierw w walkach na Półwyspie Iberyjskim, potem po powrocie do domu, w Anglii, a na końcu w Indiach.

Jak można się spodziewać po tym, że to produkcja telewizyjna, producenci dysponowali dość ograniczonym budżetem, przez co czasem ma się wrażenie, że wojny napoleońskie polegały na tym, że pięćdziesięciu chłopa biło się w kółko o jeden wąwóz i pobliskie miasteczko. Zamiast na widowiskowości filmy opierać się muszą więc na scenariuszach i grze aktorskiej -- i o ile ta druga raczej nie zawodzi, to te pierwsze bywają bardzo nierówne (co specjalnie nie dziwi, przy szesnastu filmach). Oglądanie serii w zbyt dużych dawkach bywa prawdę mówiąc nużące, ze względu na powtarzalność fabuły i typów bohaterów.

Z drugiej strony, i te wspomniane pięćdziesięciu chłopa wydaje się zbędne, bo drużyna Sharpe'a z powodzeniem byłaby w stanie załatwić całą francuską armię samodzielnie, tacy są wspaniali i niemal niezniszczalni. A sam Sharpe! Ach, Sharpe! Kobiety za nim szaleją (wszystkie! W pewnym momencie zaczyna się to robić komiczne), jego ludzie gotowi są iść za nim w ogień, dowódcy go cenią, wrogowie nienawidzą z pasją, a gdy przemawia, za jego plecami powiewa brytyjska flaga.

Znajomi:
Oprócz odtwórcy głównej roli (który, nawiasem mówiąc, w ostatniej chwili zastąpił Paula McGanna, czyli ósmego Doktora) lista aktorów pojawiających się w serii o Sharpe'ie zawiera, aczkolwiek nie ogranicza się do: Briana Coxa, Daniela Craiga (ledwo dającego się rozpoznać w postaci sprzed dwudziestu lat!), Marca Warrena, Elizabeth Hurley, Emily Mortimer, Marka Stronga, Philipa Glenistera, Paula Bettany'ego, Toby'ego Stephensa, czy Juliana Fellowesa, czyli twórcy "Downton Abbey" (i to aż dwa razy -- po tym jak zostaje zabity w pierwszej części powraca w zupełnie innej roli w jednej z kolejnych).

"Sharpe" na:
IMDb
Filmwebie

A tu można obejrzeć całość.

sobota, 23 marca 2013

Shetland (2013- )



Z jakiegoś powodu fascynują mnie odległe wyspy na Atlantyku i mam życiową ambicję jak najwięcej z nich w życiu zwiedzić. Naturalnym jest więc, że gdy usłyszałam o produkcji BBC zatytułowanej od jednego z archipelagów północnej Europy, od razu mnie to zaintrygowało.

"Shetland" to dwuczęściowy kryminał, ekranizacja powieści Ann Cleeves "Red Bones" -- trzeciej w czteroczęściowej serii. Mamy tu niewielką wyspiarską społeczność, w której wszyscy są ze sobą jakoś związani -- zarówno więzami krwi czy przyjaźni, jak i skrywanymi od dziesięcioleci tajemnicami -- a zarazem w większości żyją na tyle od siebie nawzajem oddaleni, że ich poczynania nie mają świadków, mamy wietrzną, melancholijną atmosferę lądu na końcu świata, jednak zagęszczającą się w miarę jak sekrety wychodzą na światło dzienne, wplecioną historię wysp, wikingów, policjantów uzależnionych w swoich śledztwach od rozkładu promów, piękne wyspiarskie krajobrazy (choć można było je jeszcze lepiej wyeksponować, moim zdaniem) i smętną szkocką muzykę. Innymi słowy, jest atmosfera. Wyczytałam wprawdzie zarzut, że aktorzy mówią z akcentem ze Szkocji właściwej, zamiast z szetlandzkim, ale przyznam szczerze, nawet jeżeli ryzykuję tym samym wyjście na kulturową ignorantkę, że nie bardzo się tym przejmuję -- już użyty tu akcent czasem ciężko jest zrozumieć. Jeżeli BBC zdecyduje się zekranizować i pozostałe powieści z serii, chętnie się z wynikiem ich prac zapoznam.

"Shetland" na:


poniedziałek, 18 marca 2013

Tatort (1970- )


Na moim pierwszym blogu opisałam kulturowy fenomen niemieckiego serialu "Tatort" -- "miejsce zbrodni". Specyfika serii -- oprócz jej kultowego statusu -- polega na tym, że owo tytułowe miejsce zbrodni jest każdego tygodnia inne. W każdym z nich działa inny zespół policjantów borykających się z mniej lub bardziej lokalnymi problemami. Można to porównać do seriali z serii CSI, dziejących się w trzech różnych miastach. Z tym, że w tym wypadku miast i policyjnych teamów jest obecnie siedemnaście -- tak więc jeżeli ktoś jest szczególnym fanem jakichś konkretnych bohaterów czy miasta, może się zdarzyć, że na kolejny odcinek z ich właśnie udziałem będzie musiał czekać czasem aż pół roku (tak jest na przykład w przypadku jedynej serii, którą, za radą Czytaczki Moniki, prześledziłam w całości -- i w związku z tym jedynej, którą mogę z czystym sumieniem polecić -- serii münsterskiej, w której produkowane są dwa odcinki rocznie. Od znajomych słyszę, że to seria wyjątkowa na tle innych "Tatortów", ze względu na bohaterów, relacje między nimi, jakość scenariuszy i aktorstwa).

"Tatort" jest zarazem serialem z bardzo długą historią: pierwszy odcinek, zatytułowany "Taxi nach Leipzig", wyemitowano 29 listopada 1970 roku i, co ciekawe, od tamtego czasu nie zmieniono czołówki. To ją właśnie podziwiać można na początku niniejszego posta -- jest bardzo vintage. Jak więc widać, tradycja coniedzielnego oglądania "Tatort" miała już dużo czasu, żeby się utrwalić. Oczywiście, przez te czterdzieści lat emisji zmieniały się miejsca akcji serialu i bohaterowie -- starzy odchodzili, a na ich miejsce przychodzili nowi. Na przykład zeszłej niedzieli do miejsc zbrodni dołączył Hamburg, gdzie głównego bohatera gra Til Schweiger (sądząc po tym pierwszym odcinku ta nowa hamburska seria wygląda mi jednak bardziej jak kino sensacyjne, w którym problemy rozwiązuje się strzelając do wszystkiego, co się rusza w nadziei, że w końcu trafi się na właściwego złoczyńcę niż jak typowy serial kryminalny ze zbieraniem śladów, przesłuchiwaniem świadków i wyciąganiem wniosków). Inną ciekawostką jest to, że dwa odcinki dla serii kilońskiej napisała jedna ze sław szwedzkiego kryminału, Henning Mankell. Jeszcze inną -- że podobno w jednym odcinku w latach 90. pojawił się, w ramach specyficznego crossoveru między niemieckimi a polskimi serialami, Marek Kondrat jako komisarz Halski.

Obiecałam sobie, że moje antropologiczne doświadczenie pobytu w Niemczech nie będzie pełne, jeżeli przynajmniej raz nie wybiorę się na publiczny pokaz serialu. Bo nawet u mnie w Greifswaldzie jest taka możliwości, mimo że "Tatort" nie dzieje się nigdy w tych okolicach. W ogóle, Niemcy wschodnie są pod tym względem niedoreprezentowane, a to dlatego, ponieważ oryginalnie była to produkcja zachodnioniemieckiej telewizji. NRD miało swój własny odpowiednik -- "Polizeiruf 110" -- również produkowany do dzisiaj, ale mniej popularny.

"Tatort" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Oficjalna strona


niedziela, 4 listopada 2012

The Magic Flute (2006)



Zacznę od tego, że kompletnie nie znam się na operze. Przed obejrzeniem tego filmu widziałam w życiu tylko dwie: kiedyś w Wiedniu plenerowy seans "Cyganerii" i niedawno w Londynie "Nixona w Chinach" (i do dzisiaj nie przestaje mnie zadziwiać, jakie tematy można uznać za odpowiednie na operę). Mój wniosek po tych doświadczeniach jest taki, że może i jestem osobą nieczułą na prawdziwe piękno, ale nawet najwspanialsza muzyka nie jest mi w stanie zrekompensować nietrzymającej się kupy fabuły.

Jak łatwo się domyślić po tym wstępie, sentyment do opery nie był powodem, dla którego sięgnęłam po tę adaptację "Czarodziejskiego fletu". Nie, powody były inne: po pierwsze Kenneth Branagh, po drugie -- Stephan Fry. Fry przetłumaczył libretto Emanuela Schikanedera na angielski, obaj panowie napisali scenariusz, a Branagh rzecz wyreżyserował. Oczywiście, Kenneth nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził w akcję jakiejś zaskakującej koncepcji. W tym przypadku akcja opery przeniesiona została do scenerii inspirowanej okopami I wojny światowej, bohaterami są żołnierze i dowódcy walczących stron, a ostatecznym happy endem: zaprowadzenie pokoju. Widać, że Branagh i Fry próbowali usilnie nadać akcji jakiś sens -- cóż jednak, gdy możliwości dawane przez materiał wyjściowy są ograniczone, to i sukces umiarkowany. Jak wspomniałam, na operze się nie znam, tak więc wykonania pod względem muzycznym też oceniać nie będę. Cóż więc pozostaje, oprócz nazwisk twórców? Na przykład aspekty wizualne: otóż jest to film ładny i nakręcony z rozmachem. Poza tym -- sama idea. Pisałam już kiedyś, że doceniam odjechane pomysły. Ten, polegający na adaptacji Mozarta na film fantastyczno-wojenny, odjechany z pewnością jest. I być może właśnie dlatego jakoś, mimo wszystko, mnie ten film ujął.

Znajomi:
Z racji mojej nieznajomości świata operowego obsada filmu -- złożona ze śpiewaków operowych z różnych krajów -- jest mi nieznana. Z wyjątkiem starszej wersji Papageny, która nie śpiewa, zatem zagrać ją mogła pani Cropley z "The Vicar of Dibley". Poza tym, oczywiście, wspomniany reżysersko-scenariuszowy team.

"The Magic Flute" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

piątek, 26 października 2012

Garrow's Law (2009-2011)


Jako że wróciłam ostatnio do seriali kostiumowych, postanowiłam od razu pójść za ciosem i cofnąć się o jeszcze kilkadziesiąt lat, do końcówki XVIII wieku. Tylko że klimat tu zupełnie inny, bo "Garrow's Law" to dramat sądowy, i to z czasów, w których instytucje sądowe działały w sposób współczesnego widza rażący niesprawiedliwością, a wyroki śmierci wydawano lekką ręką, między łykiem wina a kęsem ciasta.

Tytułowa postać Williama Garrowa oparta jest -- dość luźno, zdaje się -- na autentycznej postaci prawnika, który swoją działalnością w londyńskim Old Bailey przyczynił się do zmian w prawie oraz praktyce sądowej, szczególnie zwiększenia praw oskarżonych, z prawem do reprezentacji i domniemania niewinności na czele. Garrow przedstawiony na ekranie to zaś młody człowiek zasad, bezkompromisowy, pełen pasji, poruszony widzianymi w systemie i w społeczeństwie ogółem niesprawiedliwościami. Sprawy, z którymi bohater serialu występuje przed sądem, scenarzyści wygrzebali w archiwach sądowych (choć, co ciekawe, w rzeczywistości w części z nich prawdziwy Garrow występował po drugiej stronie barykady). Jak się łatwo domyślić, swoją działalnością wkrótce zwraca na siebie uwagę potężnych ludzi zupełnie niezainteresowanych jakimikolwiek zmianami w systemie -- bo będących jego beneficjentami. A od takiej uwagi już tylko krok do kłopotów. Tym większych, że jednym z tych potężnych ludzi jest mąż kobiety, która na Garrowa zaczyna spoglądać coraz przychylniejszym okiem -- z wzajemnością zresztą.

Jest to jeden z tych seriali, co do których moim zarzutem jest tylko jedno: że jest, brytyjskim zwyczajem, krótki. Ledwie trzy serie po cztery odcinki. Mam też nieodparte skojarzenie ze szwedzkim "Anno 1790": nie tylko zbliżony okres historyczny, ale też główny bohater usiłujący walczyć z niesprawiedliwym, skostniałym systemem, a także z dylematem moralno-społecznym w postaci miłości do dzielącej bohatera system wartości żony innego, wyżej postawionego mężczyzny. Oczywiście Szwedzi, jak to Szwedzi, bardziej rzecz w sobie duszą i cierpią wewnętrznie. Brytyjczycy też mieli wyraźnie większy budżet -- choć w odróżnieniu od Szwedów rynnami się, jak zaobserwowałam, nie przejmowali. A może po prostu w Londynie zainstalowano je dużo wcześniej, niż w Sztokholmie...

Znajomi:
Główne role grają tu Andrew Buchan ("Cranford" & "Return to Cranford", "Party Animals", "Jane Eyre"), Lyndsey Marshal (druga seria "Being Human"), Alun Armstrong ("Henryk IV" w niedawnej serii ekranizacji Szekspira "The Hollow Crown", prywatnie ojciec Joe Armstronga, który tam też grał jego syna, a także na przykład Allana A Dale'a w "Robin Hoodzie") czy Rupert Graves (m.in. "Sherlock", "Made in Dagenham" i parę innych rzeczy). Więcej mniej lub bardziej znajomych twarzy przewija się oczywiście od czasu do czasu w tle.

"Garrow's Law" na:

Tu można obejrzeć (prawie) całość.

poniedziałek, 8 października 2012

Wives and Daughters (1999)

Dawno już nie polecałam żadnej klasyki. "Wives and Daughters" to kolejna, obok "North and South" i "Cranford", ekranizacja powieści Elizabeth Gaskell -- jej ostatniej, niedokończonej. Podobnie jak w tym drugim serialu rzecz opowiada o perypetiach mieszkańców małego angielskiego miasteczka w pierwszej połowie XIX wieku. Choć ponieważ tym razem jest to adaptacja powieści, a nie zbioru opowiadań, akcja jest mniej epizodyczna, a obraca się wokół postaci Mollie Gibson -- typu bohaterki, która o wszystkich innych myśli bardziej niż o sobie, chociaż, z drugiej strony, nie boi się też wyrazić głośno własnego zdania. I jak łatwo się domyślić, obraca się głównie wokół perypetii sercowych -- nie tylko samej Mollie. Rzecz jest sympatyczna i staroświecka, tak więc jeżeli komuś przypadły do gustu wyżej wymienione ekranizacje, to ta też ma na to duże szanse.

Znajomi:
Serial ten jest nie tylko podobny w klimacie do "Cranford", ale też dzieli z nim część obsady, z Michaelem Gambonem na czele. Poza tym są tu m.in. Keeley Hawes, Penelope Wilton, Tom Hollander, Rosamund Pike, Justine Waddell ("The Fall"), Iain Glen ("Downton Abbey", "Spooks", "Doctor Who" -- odc. "The Time of Angels"/"Flesh and Stone") czy Richard Coyle ("Going Postal").

"Wives and Daughters" na:

Tu można obejrzeć całość

czwartek, 16 sierpnia 2012

Page Eight (2011)


Tytułowa strona ósma wchodzi w skład dokumentu, który główny bohater filmu, Johnny Worricker, długoletni pracownik MI5, otrzymuje od swojego przełożonego i starego przyjaciela, który wkrótce potem umiera. Informacje na niej zawarte są niezwykle niewygodne dla samego premiera, który, oczywiście, jak najchętniej zatarłby wszelkie ślady po dokumencie. Worricker uznaje jednak za swój obowiązek doprowadzić sprawę do końca i dokopać się do prawdy. Aby skomplikować sprawy, w tym samym czasie zaprzyjaźnia się ze swoją sąsiadką, której brat-aktywista zginął dwa lata wcześniej na Zachodnim Brzegu, a relacje rodzinne, i tak już pogmatwane, gmatwają się jeszcze bardziej.

Jak na thriller, film ten ma jedną, podstawową wadę: za mało w nim napięcia. Tak, wiem, to nie ten rodzaj thrillera, w którym ma być akcja, pościgi i strzelaniny. Pokazane tu szpiegowanie jest raczej w stylu "Tinker, Tailor, Soldier, Spy" niż "Spooks". Ale właśnie, w "Tinker, Tailor..." (wersji kinowej) wyszło to, moim zdaniem, lepiej. Poza tym jednak jest tu niegłupi scenariusz, dobre dialogi i ciekawa obsada -- tak więc mimo wszystko mogę z czystym sumieniem polecić.

Znajomi:
Główną rolę gra Bill Nighy, a poza tym możemy tu m.in. zobaczyć Michaela Gambona, Ralpha Fiennesa czy Rachel Weisz.

"Page Eight" na:
IMDb