Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Simm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Simm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2011

Life on Mars (2006-2007)



Serial chyba szczególnie dla miłośników muzyki z lat 70., którą jego twórcy obficie wykorzystują -- począwszy już od tytułu, zaczerpniętego z piosenki Davida Bowie'ego. Jest to mieszanka filmu policyjnego i science fiction. Główny bohater, manchesterski policjant Sam Tyler, ulega wypadkowi i budzi się w roku 1973. Oszalał? Śni w śpiączce? Czy też rzeczywiście przeniósł się w czasie? Oto pytania, które mają trzymać widzów przed ekranem przez dwa sezony tego serialu i trzy -- jego spin-offu, "Ashes to Ashes" (niestety, gdy w końcu dostajemy rozwiązanie zagadki, jest ono rozczarowujące. Przynajmniej moim zdaniem). Zanim wszystko się jednak wyjaśni, przedstawione nam zostaną różnorakie problemy, jakie wynikają ze zderzenia wczesnodwudziestopierwszowiecznego policjanta ze światopoglądem i zwyczajami policjantów z lat 70.: ich ksenofobii, seksizmu i pogardy dla procedur (a częściej po prostu ich braku). Ale przede wszystkim -- zderzenia z szefem policji, pod którego zwierzchnictwo Sam trafia: D. C. I. Gene'a Hunta. Postać to bardzo wyrazista, do której jak ulał pasuje anglosaskie określenie large ham i dla niektórych widzów jest on jedynym powodem, dla którego oglądają ten serial.

Spotkałam się ze skrajnymi opiniami na temat "Life on Mars": jedni zachwycają się pomysłem, bohaterami i nostalgicznie oddaną atmosferą sprzed kilku dekad (ze sposobu ich filmowania można dojść do wniosku, że świat musiał mieć wtedy kolor sepii), inni wkurzają się na zachowanie głównego bohatera i powtarzalność fabuły. Bo rzeczywiście, jest trochę powtarzalna -- schemat przeciętnego odcinka można przedstawić następująco: jest przestępstwo, nasza dzielna ekipa prowadzi dochodzenie, Sam upiera się przy procedurach i politycznej poprawności, Hunt przy swoim policyjnym instynkcie i uprzedzeniach, a na końcu okazuje się, że obaj mieli po trosze rację (no, może z wyjątkiem uprzedzeń). Różnica polega zwykle na tym, który z nich w tym akurat odcinku bardziej. Wszystko to jeszcze przeplatane halucynacjami (?) Sama, w których słyszy rok 2006. Sprawia to, że być może "Life on Mars" lepiej by się sprawdziło jako film niż serial. Mimo tych niedociągnięć jednak podobało mi się: atmosfera, postaci, zagadka, co się właściwie z Samem dzieje, stopniowe docieranie się jego szorstkiej relacji z Gene'em Huntem. I manchesterski akcent bohaterów:)

Również tym razem powstał amerykański remake. Nie usprawiedliwia go nawet obecność Harveya Keitela.

Znajomi:
Główną rolę Sama Tylera gra znany nam już z "Doktora" i "State of Play" John Simm, Gene'a Hunta zaś -- Philip Glenister (młodszy brat Roberta), którego też mieliśmy okazję zobaczyć w "State of Play" -- też grał tam zresztą policjanta. A poza tym w mniejszych rolach zobaczyć tu można m.in. Marca Warrena ("Hustle").

"Life on Mars" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Parodia

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

State of Play (2003)


Wyśmienity thriller polityczny. Kombinujący politycy, drążący dziennikarze śledczy, zakulisowe zagrania, wielki biznes, relacje międzyludzkie... Świetny scenariusz, świetne wykonanie. Parę lat temu Amerykanie nakręcili remake w postaci filmu kinowego pod tym samym tytułem -- nie widziałam, ale czytałam, że ponoć też był dobry, choć nie aż tak, jak oryginał. Częściowo to pewnie nawet nie wina twórców filmu, w końcu wątków i bohaterów nie da się tak dobrze rozwinąć w 130-minutowym filmie jak w sześcioodcinkowym serialu. Ale tak czy inaczej -- czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach wolałby Russella Crowe'a od Johna Simma albo Bena Afflecka od Davida Morrisseya...? (No, Helen Mirren zamiast Billa Nighy to jeszcze jest do przyjęcia:))

Znajomi:
Serial wyreżyserował David Yates i jest w nim cała masa znanych, również z dużego ekranu, twarzy: Bill Nighy, James McAvoy czy Kelly Macdonald, na przykład. A także John Simm, David Morrissey, Marc Warren, Philip Glenister. I inni.

"State of Play" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

czwartek, 4 sierpnia 2011

Spaced (1999-2001)



Team Simon Pegg - Nick Frost - Edgar Wright może być Czytaczom znany z komedii, w których parodiują różne gatunki filmowe: np. horrory o zombie w "Shaun of the dead" czy kino sensacyjne w "Hot Fuzz" (ten pierwszy stanowi też rzadką okazję, gdzie można zobaczyć uczesanego Dylana Morana!). Zanim jednak panowie zabrali się za kręcenie tych filmów, nakręcili (razem z Jessicą Stevenson) serial, w którym robią mniej więcej to samo, tzn. parodiują różne rzeczy. Prawdziwa to gratka dla miłośników kultury popularnej, a przy okazji świetna zabawa.

Głównymi bohaterami "Spaced" są Tim i Daisy, którzy spotykają się na początku serialu i postanawiają wynająć razem mieszkanie. On jest początkującym rysownikiem, pracującym w sklepie z komiksami, grającym w gry komputerowe, pragnącym zemsty na facecie, który odbił mu dziewczynę i zmagającym się z traumą po obejrzeniu "Mrocznego widma". Ona jest aspirującą, ale niezbyt pracowitą pisarką, bezskutecznie poszukującą pracy. I oni, i otaczający ich ludzie (stary kumpel Tima Mike, koleżanka Daisy Twist, właścicielka mieszkania Marsha, sąsiad-artysta Brian) to banda oryginałów, żeby wręcz nie powiedzieć: dziwaków, których właściwie każda życiowa perypetia stanowi pretekst do parodii a to "Gwiezdnych wojen", a to "Matriksa", a to kina sensacyjnego, akcji, sf, horrorów i czego tam dusza zapragnie.

Znajomi:
Twórcy "Spaced", zdaje się, są dobrymi znajomymi twórców "Black Books". Tak przynajmniej można sądzić po tym, jak wielu aktorów wymienia się między tymi dwoma serialami (a także różnymi filmami, w których jedni czy drudzy grają). Na przykład trójka głównych aktorów "Spaced" - Simon Pegg, Jessica Stevenson, Nick Frost - pojawiła się odpowiednio w odcinkach 3x01, 2x05 i 1x05 "Black Books". Zobaczyć też tam można było Petera Serafinowicza, w "Spaced" grającego obdarzonego niezwykle głębokim głosem arcywroga Tima, a w "Black Books" - znajomego Fran, tym właśnie głębokim głosem czytającego prognozę pogody w odcinku 1x05, co spotkało się tam z jej wielkim, hmmm, entuzjazmem... Tak się składa, że podkładał on też głos pod niejakiego Dartha Maula w znienawidzonym przez Tima "Mrocznym widmie". Zaś Bill Bailey, czyli Manny z "Black Books", tutaj pojawia się jako szef Tima imieniem Bilbo (jak na ironię, w "Black Books" było odwrotnie: to Pegg grał jego szefa).

Tradycyjnie nie brak też akcentów doktorowych, jako że w "Doktorze" pojawili się zarówno Simon Pegg ("The Long Game"), jak i Jessica Stevenson, a właściwie w tym czasie już Jessica Hynes (odcinki "Human Nature" i "The Family of Blood"). Poza tym w epizodach zobaczyć tu możemy m.in. Johna Simma (Master z "Doktora"), Marka Gatissa (aktor, scenarzysta, producent maczający palce np. w "Doktorze" i "Sherlocku"), Kevina Eldona ("I'll tell you who I am! I'm... The Cleaner." Pojawił się też w "Hustle") czy Jamesa Lance'a (Jamie z "Absolute Power").


niedziela, 3 lipca 2011

Doctor Who (1963- )


Nie, ta data w nagłówku to bynajmniej nie jest błąd. "Doctor Who" jest dumnym posiadaczem rekordu jako najdłużej emitowany serial science fiction (choć z przerwami) i jako taki zadomowił się na dobre w kulturze popularnej krajów anglosaskich, szczególnie, oczywiście, Wielkiej Brytanii. Pierwszy odcinek, zatytułowany "An Unearthly Child", nadano w roku 1963 i wyglądał tak:


Opowiadał on o dwojgu nauczycieli, Barbarze i Ianie, którzy, zaintrygowani wyjątkową wiedzą i umiejętnościami pewnej swojej uczennicy idą za nią do domu, a tam odkrywają jej ekscentrycznego dziadka, który - właściwie wbrew ich woli - zabiera ich w podróż w odległą, prehistoryczną przeszłość. A to tylko początek ich przygód! Ów dziadek to właśnie tytułowy Doktor (tak sam siebie nazywa, ale jakie jest jego prawdziwe imię - wiedzą tylko nieliczni i, jak dotąd, nie podzielili się tą wiedzą z widzami), należący do rasy Władców Czasu pochodzących z planety Gallifrey. Doktor posiada pojazd/statek kosmiczny/wehikuł czasu, zwany TARDIS-em (skrót od Time and Relative Dimension in Space), który umożliwia mu niemal nieograniczone podróżowanie w czasie i przestrzeni. TARDIS charakteryzuje się tym, że z zewnątrz wygląda jak budka policyjna, jakie widywano ponoć na ulicach brytyjskich miast w latach 60. XX wieku (oryginalnie TARDIS zaprogramowany był tak, żeby "przebierać się" za jakiś obiekt, który w danych okolicznościach nie wzbudzałby podejrzeń - pech jednak chciał, że po wylądowaniu właśnie w latach 60., odpowiadające za tę funkcję oprogramowanie się zepsuło i pojazd pozostał już na zawsze w formie policyjnej budki) oraz tym, że - co z początku wprawia wszystkich nowych bohaterów w osłupienie - jest znacznie większy wewnątrz niż na zewnątrz. Ponadto, Doktor obdarzony jest nieprzeciętną inteligencją, dwoma sercami oraz możliwością regeneracji: gdy otrzymuje śmiertelną ranę lub spotyka go inna grożąca niechybną śmiercią okoliczność, jego organizm się regeneruje, zmieniając przy tym całkowicie wygląd i do pewnego stopnia osobowość. Co oczywiście jest w istocie sprytnym wybiegiem twórców, dzięki któremu mogą ciągnąć ten serial w nieskończoność, zmieniając co jakiś czas aktorów. I tak do tej pory Doktora grali: William Hartnell, Patrick Troughton, Jon Pertwee, Tom Baker (był Doktorem najdłużej, stąd to on jest z tą postacią najbardziej kojarzony), Peter Davison, Colin Baker i Sylvester McCoy, po którym na pewien czas wstrzymano produkcję. Potem był Paul McGann w filmie telewizyjnym z 1996, a jeszcze później, po wznowieniu serialu w 2005, w postać Doktora wcielili się Christopher Eccleston, David Tennant i, obecnie, Matt Smith - zwany też przez niektórych (a konkretnie Czytaczkę Ewę i mnie) smarkaczem, ponieważ jest młodszy od nas:P Choć może biorąc pod uwagę, że postać liczy sobie ponad 900 wiosen, nie ma to aż takiego znaczenia, czy aktor go grający nie dobiegł jeszcze trzydziestki czy też ma blisko sześćdziesiątkę, jak Hartnell, gdy go grał...

Tak więc nasz bohater podróżuje sobie tam i siam, co jakiś czas zabierając na pokład TARDIS-a różnorakich towarzyszy czy (częściej) towarzyszki podróży, regularnie ratując wszechświat - lub chociaż jakąś jego część - przed zagładą, ale także nieustannie robiąc sobie wrogów. Do najbardziej wytrwałych należą Dalekowie (po raz pierwszy pojawili się już w jednym z pierwszych odcinków, jeszcze w 1963 i jak dotąd, mimo licznych prób, nie udało się ich pozbyć), Cybermani czy Master - Władca Czasu, który przeszedł na ciemną stronę Mocy.

Oryginalnie, "Doktor" pomyślany był jako serial edukacyjny dla młodego widza. Doktor i jego towarzysze, przez swoje podróże, mieli uczyć o historii (podróże w przeszłość) oraz naukach przyrodniczych i ścisłych (podróże w przyszłość). Nieprzypadkowo pierwszymi towarzyszami podróży Doktora było dwoje nauczycieli - historii i chemii. Jednak z czasem edukacja coraz bardziej ustępowała wartkiej akcji i różnorakim perypetiom, tak że dzisiaj jest to raczej serial przygodowy, w którym się dużo biega, szybko gada i wysadza różne rzeczy w powietrze:


Może to brzmi trochę jakbym stwierdzała, że serial zszedł na psy, ale tak naprawdę wcale tak nie uważam. Prawdę mówiąc, gdy parę razy próbowałam oglądać najstarsze odcinki, po paru minutach padałam z nudów. A z kolei te nowe, oprócz wartkiej akcji mają też niegłupie, wciągające scenariusze i dużo humoru. Nawet jeżeli najnowsze sezony (te ze Smithem, odkąd Steven Moffat przejął pałeczkę jako główny scenarzysta) są nieco przekombinowane, a regularne powracanie do tematu ciemnej strony Doktora za którymś razem robi się już nieco wtórne - szczególnie, że gdy w pewnym momencie (odcinek "Waters of Mars") bohater przekracza nieco granicę i mogłoby się zrobić naprawdę interesująco, szybko się zza niej cofa. Ale cóż, "Doktor" pozostaje serialem do młodzieży i trzeba go przyjąć z całym dobrodziejstwem wynikającego z tego inwentarza.

Z powodu swojego długiego czasu nadawania "Doctor Who" skłania też do refleksji nad tym, jak bardzo w ciągu zaledwie pół wieku zmienił się język narracji filmowo-telewizyjnej, kostiumy, dekoracje czy nawet gra aktorska - o możliwościach technicznych nie wspominając. Pamiętać przecież trzeba, że pierwsze odcinki tworzono nawet jeszcze przed "Gwiezdnymi wojnami", którym zawdzięczamy duży skok w dziedzinie efektów specjalnych - a najnowsze mają lepsze efekty niż niejeden film kinowy. Co z kolei każe się zastanowić nad budżetem, jakim dysponuje BBC - jak by nie było, telewizja publiczna. Jedyne, co pozostaje niezmienne, to sposób, w jaki bohaterowie rzucają się po kabinie TARDIS-a, gdy podróż staje się wyboista.

Znajomi:
Ach, kogo tu nie ma! Serial jest tak długi, że oczywiście twarze znajome z innych seriali pojawiają się tu dość często. Wymienię więc tylko kilkoro bardziej sławnych osób, jakie można zobaczyć w nowej serii: Derek Jacobi (odcinek "Utopia"), Kylie Minogue ("Voyage of the Damned"), Timothy Dalton ("The End of Time"), Bill Nighy ("Vincent and the Doctor"), Michael Gambon ("A Christmas Carol"), Simon Pegg ("The Long Game") a wśród towarzyszy podróży Doktora najbardziej znaną jest chyba komik (yyy... jaka jest od tego forma żeńska...?) Catherine Tate, która podróżowała z Dziesiątym Doktorem w sezonie czwartym (numeracja odcinków - ale nie Doktorów - dotyczy tylko nowych sezonów, czyli po wznowieniu serialu w 2005). Ale znane postaci nie ograniczają się tutaj do aktorów - bo na przykład wśród autorów scenariuszy odcinków do serialu byli pisarze Douglas Adams (kilka odcinków dla Czwartego Doktora) i Neil Gaiman (bardzo świeży odcinek "The Doctor's Wife").

"Doctor Who" na:
IMDb - stary - film - nowy
Filmwebie - stary - film - nowy

Parodia, w której również można zobaczyć paru znajomych.

P.S. Okazuje się, że Blogger pozwala tylko na ograniczoną liczbę tagów, a więc nie mam miejsca na wymienianie tam na dole wszystkich twórców i aktorów, którzy przyłożyli rękę do tego serialu. No trudno.