piątek, 14 października 2011

Little Dorrit (2008)


Oprócz "Jane Eyre" do kin wchodzi dzisiaj również film z Matthew Macfadyenem -- co postanowiłam uczcić notką o serialu z nim w głównej roli męskiej. I przy okazji muszę się wytłumaczyć: to, że zwykłam nazywać go Drętwym Matthew, tudzież różnymi wariacjami na ten sam temat, nie znaczy wcale, że go nie lubię. Ani nawet, że uważam go za złego aktora. On po prostu tak rzadko zmienia wyraz twarzy!

Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie czytałam "Małej Dorrit", więc nie potrafię ocenić, na ile ten serial jest wierną adaptacją. Jego fabuła, muszę powiedzieć, grała mi na nerwach -- przez większą część serialu zastanawiałam się, który typ postaci wkurza mnie bardziej: poświęcającej się dla wszystkich altruistki, którą najbardziej na świecie przeraża to, że mogłaby kiedyś pomyśleć choć raz o sobie (Amy Dorrit), czy też niewdzięcznego głupca, który już dawno pożegnał się z rzeczywistością, ale jeszcze nie zdał sobie z tego sprawy (jej ojciec). I doprawdy, nadal nie wiem! Ale może to moja wina, nie fabuły, bom cyniczna i zgorzkniała.

Podobnie jak w przypadku innej adaptacji Dickensa, "Naszego wspólnego przyjaciela" mamy tu wiele wątków i postaci, z tą jednak różnicą, że scenarzyście -- niejakiemu Andrew Daviesowi, którego to niepierwszy Dickens zresztą -- gorzej się powiodło utrzymanie ich wszystkich w ryzach. Niektórych postaci motywacje i postępowanie wydają się bardzo niejasne, innych znów, z Tattycoram na czele, wręcz powód w ogóle pojawienia się na ekranie. Co zapewne przynajmniej częściowo jest kwestią tego, że nie czytałam książki, ale to żadne usprawiedliwienie: ekranizacja powinna być zrozumiała sama w sobie. A taki na przykład Rigaud przez dużą część akcji wydawał mi się bardziej śmieszny niż straszny, co, jak mniemam, nie było celem twórców.

Dlaczego zatem w ogóle sięgać po ten serial? Ponieważ ma on też plusy: zdjęcia, dekoracje (choć przedstawione tu więzienie wydaje się podejrzanie wygodnym miejscem do życia) i muzykę* oraz niektóre postaci, które nie wydają się wkurzające ani bezcelowe. Do moich ulubieńców należeli na przykład John Chivery (żeby nie było, że jestem aż tak cyniczna i zgorzkniała -- poruszył mnie jego wątek i nie wstydzę się do tego przyznać!), Pancks, Flora (głównie ze względu na przerażenie w oczach Arthura za każdym razem, gdy ją widział) czy Edmund Sparkler (głupi przeogromnie, ale, jak to mówią, z sercem po właściwej stronie. Nie mówiąc już o cudownym wprost nazwisku!). Zaś głównym powodem, dla którego w ogóle po ten serial sięgnęłam, byli...

Znajomi:
Chyba z połowa obsady -- nie tylko Matthew, ale też na przykład Andy Serkis, Eddie Marsan, czy Russell Tovey. A także: Anna z "Hotelu Babylon" (tu z koszmarnym makijażem), książę George z "The Palace", Martha Jones z "Doktora" (Freema Agyeman, która jednak nie umie grać. Podejrzewałam to już oglądając "Doktora", ale tam moją ocenę przysłoniła chyba sympatia dla postaci), Rory też z "Doktora", Gwen z "Torchwood" czy Herrick z "Being Human".

O, i jeszcze dowiedziałam się z tego serialu, że mówienie do ojca "ojcze" jest wulgarne. Człowiek uczy się przez całe życie!

"Little Dorrit" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Pierwsza część na YT

* O kostiumach nie wspomnę, bo modę tamtych czasów uważam za koszmarną.

wtorek, 11 października 2011

Jane Eyre (2006)



W piątek do naszych kin wchodzi najnowsza ekranizacja "Jane Eyre" -- a więc ostatnia okazja, żeby zapoznać się z poprzednią, serialem BBC, jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił. Od razu na wstępie przyznam, że z dzieł sióstr Brontë czytałam jedynie "Wichrowe wzgórza", i to na dodatek dawno, kiedy moja znajomość angielskiego była jeszcze dość kiepska, w związku z czym a) jakiejś 1/3 książki nie zrozumiałam, b) z tego, co zrozumiałam, zdążyłam już większość zapomnieć. Nie sięgnęłam więc po ten serial z chęci przekonania się, jak udało się przenieść literacką wizję Charlotte Brontë na ekran. Żeby być brutalnie szczerym: sięgnęłam po niego głównie dla Toby'ego, a także w wyniku zachęt i pozytywnych opinii z różnych stron, między innymi ze strony Czytaczek Patysio i Kolleander. No i cóż powiedzieć: nie bardzo żałuję, że sięgnęłam. Opowieść to dobrze napisana, zagrana i sfilmowana, z wyraźnie wyczuwalną chemią między bohaterami. A czy zgodna z treścią i klimatem powieści -- to już ktoś inny musi ocenić.

Znajomi:
Toby'ego Stephensa, prywatnie syna Maggie Smith, kojarzyłam wcześniej z bollywoodzkiego filmu "The Rising: Ballad of Mangal Pandey" oraz jednego z filmów o Bondzie. I być może "Robin Hooda" -- nie potrafię sobie przypomnieć, czy oglądałam go wcześniej, czy później niż "Jane Eyre". A może w tym samym czasie? Za tą ostatnią opcją przemawiałby wniosek, do którego doszłam po seansie: Toby to typ aktora-kameleona, potrafi się do roli zmienić nie do poznania. Choć i jego przemiany mają swoje granice, w związku z czym powtarzane dość często stwierdzenie, jakoby Rochester był brzydki, a przez to do pewnego stopnia i całość dzieła, staje się średnio wiarygodna ("Mr Rochester is smokin' hot, that's why he started fire in his room", jak to podsumował któryś z komentatorów (komentatorek?) na YT).

Oprócz Toby'ego jedyną znajomą, jaką tu wypatrzyłam, była Georgie Henley, czyli Łucja z "Opowieści z Narni". Ale wspomnieć należy również o scenarzystce, Sandy Welch, której zawdzięczamy między innymi "Emmę" i "Naszego wspólnego przyjaciela".

"Jane Eyre" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Pierwsza część na YT

sobota, 8 października 2011

The Flight of the Conchords (2007-2009)



Niedawno skończyłam oglądać ten serial, stąd to większe niż zwykle zagęszczenie produkcji amerykańskich. Muszę przyznać, że trochę długo mi to zajęło: po raz pierwszy usłyszałam o Flight of the Conchords chyba ze cztery lata temu, od mojej ówczesnej współlokatorki, która zajmuje się w życiu między innymi tworzeniem muzyki i obracaniem się w środowisku ludzi, którzy tworzą muzykę. Ale zobaczyłam to dopiero chyba w zeszłym roku u Mojej Sista. I choć nie jest to długi serial (bardziej według brytyjskich niż amerykańskich standardów -- 22 odcinki), jak widać, trochę zajęło mi obejrzenie ich wszystkich. Bo przyznać trzeba, że nie ma tu jakiejś szczególnie wciągającej fabuły -- właściwie prawie wcale nie ma fabuły, bo, wydaje mi się, nie o nią tu chodzi.

Serial opowiada o dwójce nowozelandzkich muzyków, Jemaine i Brecie, mieszkających w Nowym Jorku i tam usiłujących odnieść sukces jako zespół -- tytułowy Flight of the Conchords. Dopomóc im ma w tym ich menadżer Murray, jednocześnie będący attaché kulturowym przy nowozelandzkim konsulacie. Niestety, sukces wciąż nie chce przyjść i zespół dorobił się tylko jednej -- za to baaardzo oddanej -- fanki. Jak przystało na serial o muzykach, bohaterowie od czasu do czasu uderzają w śpiew, wyrażając swoje emocje, komentując sytuację, a czasem zupełnie bez związku.









Zaryzykuję więc stwierdzenie, że fabuła w tym serialu to raczej pretekst dla piosenek. Ale jak już się pojawia, jest na dość wysokim poziomie absurdu, bo sposób myślenia i postępowania tak bohaterów, jak i ludzi, których spotykają, odbiegają nieco od standardów. Tak więc serial ten może zainteresować dwa rodzaje publiczności: miłośników muzyki lub miłośników absurdalnego humoru. Albo może też miłośników Nowej Zelandii, choć panowie traktują ojczyznę z takim przymrużeniem oka, że podejrzewam, że gdyby ktoś z Polski próbowałby zrobić coś podobnego, zostałby odsądzony od czci i wiary, a następnie pozbawiony obywatelstwa.

I jeszcze tak na marginesie dodam, że zanim powstał serial telewizyjny, był jeszcze improwizowany serial radiowy po drugiej stronie oceanu, w BBC.

Znajomi:
Główni bohaterowie "Flight of the Conchords", Jemaine i Bret, grają tu samych siebie -- a raczej alternatywne, podejrzewam, że nieco bardziej odjechane wersje samych siebie, prawdziwych nowozelandzkich muzyków tworzących zespół Flight of the Conchords, Jemaine Clementa i Breta McKenzie'ego. Oprócz muzykowania panowie zajmują się także trochę aktorstwem -- to znaczy, poza niniejszym serialem -- choć głównie w produkcjach nowozelandzkich, np. "Eagle vs. Shark" czy "Diagnosis: Death" (nie polecam -- nudne i bez sensu). Poza tym doczekali się także występu gościnnego w "Simpsonach" (22x01). Z łatwiej dostępnych na naszym kontynencie produkcji, McKenzie pojawił się na chwilę -- bo "grał" to byłoby za dużo powiedziane -- we "Władcy Pierścieni", w pierwszej części na naradzie u Erlonda, a w trzeciej dostał już nawet kwestię mówioną (ciężko go poznać bez tego artystycznego zarostu i fryzury)! Pojawi się także w "Hobbicie" -- podobno w wyniku interwencji fanów -- i może nawet będzie miał do powiedzenia coś więcej, skoro, jeżeli wierzyć IMDb, jego postać otrzymała już nawet imię (Lindir -- choć fani już po "Drużynie Pierścienia" nazwali jego postać imieniem Figwit)?

Reszta głównej obsady składa się głównie z komików: Rhys Darby, Kristen Schaal, Arj Barker i inni.

"Flight of the Conchords" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Strona zespołu

niedziela, 2 października 2011

Sherlock (2010- )



Ponieważ polskie BBC Entertainment właśnie dzisiaj zaczyna nadawać ten serial, a ja ostatnio stwierdziłam, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, że są jeszcze ludzie, którzy o nim nie słyszeli, postanowiłam napisać o nim parę słów.

Odpowiedzialni między innymi w dużej części za nowego "Doktora" Steven Moffat i Mark Gatiss wzięli się tym razem za ekranizację klasyka. Ale, żeby wyróżnić się na tle innych ekranizacji opowiadań o Sherlocku Holmesie, przenieśli je w czasy współczesne. Sherlock więc biegle posługuje się osiągnięciami techniki w rodzaju telefonów komórkowych i internetu, a doktor Watson, w ramach niewesołej refleksji na temat tego, jak mało ludzkość uczy się z historii, podobnie jak w oryginale jest weteranem z Afganistanu. Choć zdarzyło mi się czytać głosy krytyczne, to większość opinii -- o tej zmianie i serialu jako takim -- z jakimi się spotkałam, mieściły się w skali od przychylnych do zachwyconych. Osobiście jestem gdzieś w środku tej skali. Serial jest nieźle napisany, zrealizowany i zagrany, jest w nim też kilka ciekawych rozwiązań, a młody wiek i dekadenckie znudzenie zarówno głównego bohatera, jak i jego antagonisty, mają, zdaje się, mówić coś o kondycji współczesnego, ponowoczesnego świata. Z drugiej strony -- główny bohater jest wysoce wkurzający w swoim intelektualnym oderwaniu od reszty ludzkości, a jego dedukcje wielokrotnie mocno naciągane, ale z tego co pamiętam z lektury, w książkowym oryginale irytowało mnie dokładnie to samo, więc to chyba dobrze świadczy o tym serialu jako adaptacji. Był to zresztą powód, dla którego zarzuciłam czytanie książek o Holmesie i nie mam do nich zbyt wielkiego sentymentu, co może powinnam zaznaczyć w razie gdyby ktoś podejrzewał, że ma to wpływ na ocenę. Choć skądinąd wiem, że serial ten ma też fanów wśród miłośników książek Arthura Conana Doyle'a, więc chyba jednak nie ma.

Znajomi:
Ręka scenarzysty, Stevena Moffata, jest tu wyraźna: w pewien sposób ten Sherlock jest wersją jedenastego Doktora (nie tylko dlatego, bo obaj mają podobną figurę): szybko mówiącego bohatera, który intelektualnie zawsze jest o (co najmniej) jeden krok do przodu od innych, a ci inni mają problem z nadążeniem za nim. Nawiasem mówiąc, Matt Smith, zanim jeszcze został Doktorem, starał się o rolę doktora Watsona.

Główną rolę Sherlocka Holmesa gra nieznany mi wcześniej aktor o pięknym głosie, urodzie -- nazwijmy to -- ciekawej i nie mniej ciekawym nazwisku Benedict Cumberbatch. To znaczy widziałam go już wcześniej w "Spooks" (2x01), ale ma tam rolę tak epizodyczną, że bardzo łatwo go przeoczyć. W przyszłości zaś będzie go można zobaczyć, oprócz drugiej serii "Sherlocka", na przykład w napakowanym ciekawymi aktorami filmie "Tinker Tailor Soldier Spy", a także usłyszeć w "Hobbicie". Dużo lepiej był mi za to znany aktor grający Watsona: Martina Freemana widziałam już w wielu filmach, np. "Love Actually", "Autostopem przez galaktykę", bardziej ambitnie -- "Nightwatching" Petera Greenawaya, a na małym ekranie w "Black Books" (1x01). No i oczywiście zagra główną rolę w "Hobbicie".

Poza tymi dwoma panami mamy tu zaś na przykład Ruperta Gravesa jako Lestrade'a, Zoe Telford jako dziewczynę Watsona czy jednego z twórców, Marka Gatissa, jako Mycrofta. A w drugiej serii dodatkowo będzie można zobaczyć Larę Pulver (Izabella z "Robin Hooda", Erin Watts ze "Spooks") jako Irene Adler czy Russella Toveya (George z "Being Human", Alonso z "Doktora") jako nie wiem jeszcze, kogo.

"Sherlock" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Oficjalna strona

piątek, 30 września 2011

Cadfael (1994-1996)



No to skoro już jesteśmy w XII wieku, pozostańmy tam, przenosząc się tylko parędziesiąt lat wcześniej i trochę na zachód, do położonego niedaleko granicy z Walią Shrewsbury. To jeżeli chodzi o miejsce akcji, bo jeśli chodzi o miejsce kręcenia, pozostajemy w tym samym, to znaczy w studiu filmowym pod Budapesztem, gdzie powstała większość i "Robin Hooda", i "Cadfaela" -- choć kręcono je w odstępie kilkunastu lat.

Serial "Cadfael" oparty jest na serii powieści Ellis Peters (naprawdę Edith Pargeter), w których tytułowy Cadfael, z urodzenia Walijczyk, z wyboru -- w młodości krzyżowiec i żeglarz, na starość benedyktyński mnich, człowiek inteligentny, przenikliwy i spostrzegawczy, rozwiązuje zagadki kryminalne. Pomagają mu w tym nie tylko wymienione przed chwilą cechy, ale również bogate doświadczenie, jakie zdobył w ciągu swojego burzliwego życia, znajomość różnorakich ziół i ich właściwości oraz przyjaźń z zastępcą szeryfa. Przeszkadzają zaś -- snobistyczny przeor Robert i jego prawa ręka, brat Hieronim.

Bardzo lubię książki o Cadfaelu*: umiejscowienie ich w średniowieczu jest miłym urozmaiceniem w stosunku do kryminałów zalewających rynek, narracja Peters jest zarazem wartka i pełna smakowitych szczegółów dopełniających ten, mało nam w końcu znany, świat. Jednocześnie Cadfael jest detektywem pełnym zrozumienia dla bliźnich (sam nie będąc pozbawiony słabości, poczynając już od takich błahostek jak ucinanie sobie drzemki w czasie nabożeństw) i mającym wiarę, czy też pewien rodzaj metafizycznej pewności, której pozbawieni są ludzie późniejszych czasów. A i inni bohaterowie, z Hugh Beringarem na czele, są ciekawymi kreacjami. Oczywiście, seria nie jest pozbawiona wad -- główną z nich jest pewna powtarzalność: na przykład chyba w każdej części Cadfael obowiązkowo musi pomóc zejść się jakiejś zakochanej młodej parze.

No a serial, o którym tu piszę, jest dobrą ekranizacją. Przede wszystkim, oglądanie Dereka Jacobiego w głównej roli to sama przyjemność. Z drugiej strony, ubolewać można nad faktem, że tak ważną postać jak Hugh Beringar gra aż trzech aktorów, i to każdy z nich jest nie tylko brzydszy, ale też jakimś sposobem głupszy od poprzedniego. Oczywiście adaptacja wymagała też, z powodu ograniczeń czasowych i finansowych, uproszczenia niektórych wątków i pozbycia się niektórych postaci -- zrozumiałe, choć trochę szkoda, że przy tym Shrewsbury straciło trochę z atmosfery pogranicza, która jest wyraźna w książkach, tocząca się cały czas wojna domowa zeszła do dalekiego tła (z wyjątkiem pierwszego odcinka, nakręconego na podstawie drugiego tomu cyklu, mojego ulubionego zresztą), zanikło też trochę wrażenie różnorodności etnicznej ówczesnych Wysp Brytyjskich, na których żyli, jeszcze wyraźnie obok siebie, Saksoni, Normanowie, Walijczycy i inni. W ostatecznym rozrachunku są to jednak detale, niezmieniające faktu, że "Cadfael" dobrym serialem jest. Takie średniowieczne CSI. Tylko dużo lepiej napisane i zagrane. Czyli właściwie zupełnie nie jak CSI:)

* W oryginale -- raz zdarzyło mi się czytać polskie tłumaczenie i było ono bardzo kiepskie.

Znajomi:
Derek Jacobi -- i to by z grubsza było na tyle.

"Cadfael" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Pierwsza część na YT

wtorek, 27 września 2011

Robin Hood (2006-2009)



Właściwie waham się, czy zaklasyfikować ten serial jako historyczny, bo z rzeczywistością historyczną (kostiumy, rekwizyty, język, obyczajowość) nie za wiele ma on wspólnego. Podobnie zresztą, jak i z rzeczywistością fizyczną (strzały Robina trafiają do celu zawsze, nawet gdy strzela zza winkla. No, chyba że celuje w któregoś z ważnych schwarzcharakterów, na których śmierć scenarzyści nie mogą wszak sobie pozwolić przed końcem serialu), a miejscami i psychologiczną. Choć przyznać trzeba, że przynajmniej dwa pierwsze odstępstwa wydają się przez twórców zamierzone.

Co zatem pozostaje w tym serialu, co może skłonić do jego oglądania? Można wybrać spośród poniższych: uśmiech i ruchy Robina, bon moty Szeryfa, sarkazm Allana (zdecydowanie w czołówce moich ulubionych bohaterów), oddanie Mucha, no i najważniejsze: spojrzenie Guya. A, co tam: całokształt Guya! Nie będę raczej oryginalna, jeśli się przyznam, że oglądałam ten serial głównie dla niego -- a przynajmniej sięgnęłam po niego z jego powodu, konkretnie: grającego go Długonosego Ryszarda. A po sięgnięciu oglądałam dalej, bo chciałam się dowiedzieć, czy kiedykolwiek zmienia kostium (albo chociaż poprawia ten rozmazany eyeliner). No, a oprócz tego są jeszcze różnorakie emocjonujące przygody -- żeby nie było, że to serial wyłącznie dla kobiet.

Przyznać muszę, że przez większą część "Robin Hooda" traktowałam jego oglądanie jako guilty pleasure, takie to miejscami (a nawet przeważnie) głupie. A mimo to -- dziwnie wciąga:) Na swoje usprawiedliwienie mam to, że gdy ten serial oglądałam, było ciemno, zimno i ogółem paskudnie, a na takie warunki nie masz lepszej rady, niż radosny filmowy eskapizm. Tak więc czy żałuję czasu, jaki poświęciłam na obejrzenie tego wybitnego inaczej działa? A clue: no.

Znajomi:
Jak pisałam, sięgnęłam po ten serial ze względu na Ryszarda, o którym po raz pierwszy, ale nie ostatni, wspomniałam przy okazji "Spooks". Tu robi on to, co mu wychodzi najlepiej, to znaczy nosi się na czarno* (aby ułatwić widzowi odbiór i interpretację wydarzeń na ekranie, twórcy serialu ubrali negatywne postaci w czarne kostiumy. Żeby było konsekwentnie, gdy jeden z bohaterów na pewien czas zmienia stronę -- od razu zmienia również kostium) i Cierpi. Jest to cierpienie moralnie ambiwalentne, gdyż postać, którą gra, oprócz tego, że cierpi (dodajmy -- z nieodwzajemnionej miłości), dopuszcza się również czynów nad wyraz niegodziwych, tak więc widz sam nie wie, czy go nienawidzić, czy też mu współczuć, podejrzewając, że gdyby wyrwał się spod złego wpływu Szeryfa, a Lady Marian odwzajemniła jego miłość, miałby jeszcze szansę przejść na jasną stronę Mocy, jak pokazuje na przykład odcinek 2x10. A [spoiler]na końcu tak pięknie umiera,[/spoiler] że nawet widz o sercu tak zatwardziałym, jak niżej podpisana, może się wzruszyć (choć nie musi).

No dobra, ale dosyć już o Guyu. W końcu są tu też inni znajomi, na przykład jego przełożony, szeryf Vaisey (Keith Allen), który pojawił się, z jakiegoś powodu przybrany w różowe mysie uszy, w "Black Books" (3x04) i -- na chwilę -- w "Hotelu Babylon" (1x06). Wśród czarnych charakterów jest też cudownie psychopatyczny, spragniony miłości książę Jan -- w tej roli Toby Stephens. Z drużyny Robina wcześniej mieliśmy zaś okazję zobaczyć Allana (Joe Armstrong) w "Hustle" (7x02), Willa (Harry Lloyd) w "Doktorze" ("Human Nature" i "The Family of Blood") oraz braciszka Tucka (David Harewood) w "The Palace", "Hustle" (7x05) i "Doktorze" ("The End of Time"). No i jest jeszcze Izabella, którą trudno zaliczyć do którejkolwiek z powyższych grup bez zdradzania zbyt wiele -- Lara Pulver, która dołączyła do szpiegowskiej ekipy w nowej serii "Spooks" (gdzie zastąpiła Ryszarda -- ciekawy zbieg okoliczności, zważywszy, że tu gra jego siostrę) i "Sherlocka" (jako Irene Adler).

Poza tym, w mniejszych rolach, zobaczymy tu m.in. Tony'ego z "Hotelu Babylon" (2x02), Emmę z "Hustle" (1x09) i jednego z sierżantów nadinspektora Barnaby'ego z "Morderstw w Midsomer" (2x07), księżniczkę Eleonorę z "The Palace" (3x10 -- najidiotyczniejszy odcinek serialu, stojący w zupełnej sprzeczności z tym, co w nim pokazano do tej pory) czy Williama Szekspira z "Doktora" i Tully'ego z "Being Human" (w tym samym odcinku).

Na koniec podzielę się jeszcze pewną moją teorią. Otóż gdy pod koniec drugiej serii akcja serialu na chwilę przenosi się do Ziemi Świętej, a konkretnie do Acre (Akka, dziś w Izraelu), bohaterowie spotykają tam króla Ryszarda Lwie Serce we własnej osobie. Jego twarz wydała mi się znajoma -- w końcu skojarzyłam, że gra go ten sam pan (niejaki Steven Waddington), który grał Wielkiego Mistrza Templariuszy w szwedzkiej superprodukcji o Templariuszu Arnie Magnussonie. Film i ten sezon "Robin Hooda" powstały w tym samym roku. Stąd moja teoria, że producenci serialu, w ramach oszczędności, po prostu pożyczyli aktora od Szwedów -- i to najwyraźniej wraz z kostiumami, bo król Ryszard okazuje się nagle być Templariuszem (którym, o ile mi wiadomo, w rzeczywistości nie był -- ale słaba jestem z historii Wysp Brytyjskich, więc mogę się mylić). Tym bardziej, że przedstawione tutaj plenery podejrzanie bardziej niż na okolice Akki (która leży wśród zielonych dolin i wzgórz) wyglądają mi na okolice położonego na marokańskiej pustyni Ouarzazate, gdzie kręcono "Arna" (i gdzie kręci się większość europejskich i amerykańskich superprodukcji dziejących się w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Marokańczycy, wietrząc dobry interes, urządzili tam wielkie studio filmowe, witające przybyszów wielkimi, kiczowatymi statuami faraonów przed bramą wjazdową).

A tak nawiasem mówiąc, Ryszard Lwie Serce był ponoć kiepskim władcą, ale tradycja mówi o nim jako o bohaterze, bo miał dobry PR -- w postaci między innymi właśnie opowieści o Robin Hoodzie. W książkach Jana Guillou, na podstawie których nakręcono "Arna" (które, nawiasem mówiąc, również polecam), pojawia się na chwilę, jako zadufany, zainteresowany tylko turniejami rycerskimi i wybijaniem Saracenów głupek.

* Jeszcze nigdy nie widziałam Ryszarda w żadnym filmie, serialu ani wywiadzie ubranego inaczej niż na ciemno. Nawet jeżeli czasem jest to ciemny z bardzo kolorowymi akcentami.

"Robin Hood" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Pierwsza część na YT

sobota, 24 września 2011

Our Mutual Friend (1998)

Serial na podstawie ostatniej ukończonej powieści Dickensa -- cegły tak pokaźnej i wielowątkowej, że moim skromnym zdaniem dobrze zrobiło jej odchudzenie, jakie było konieczne do zmieszczenia akcji w serialu. Jak to u Dickensa, mamy tu społeczne i psychologiczne obserwacje, a także liczne wątki i jeszcze liczniejszych bohaterów, których łączy sprawa niejakiego Harmona, spadku po nim i śmierci jego syna i dziedzica. A ci bohaterowie to między innymi: zajmujący się sprawami Harmonów prawnik Mortimer Lightwood (to chyba moja ulubiona postać, mimo że jest bardziej obserwatorem niż aktywnym uczestnikiem wydarzeń -- a może właśnie dlatego, mam słabość do tego typu postaci), jego po dekadencku znudzony życiem przyjaciel Eugene Wrayburn, piękna -- z wyglądu, choć nie z charakteru -- Bella Wilfer, która miała wyjść za młodego Harmona, poczciwi Boffinowie, którzy odziedziczyli majątek w obliczu jego śmierci, ich tajemniczy sekretarz John Rokesmith, różne mniej lub bardziej podejrzane typy zamieszkujące brzegi Tamizy i utrzymujące się z tego, co z niej wyłowią (włączając w to ciała topielców), ze szczególnym uwzględnieniem rodziny Hexamów, targany różnymi, niekoniecznie pozytywnymi, namiętnościami nauczyciel Bradley Headstone (czy też, jak ja go nazywam, Pan Nagrobek) oraz przedstawiciele londyńskiej socjety, wyraźnie przez Dickensa nielubiani... Właściwie trudno powiedzieć, który wątek jest tu najważniejszy, a która z postaci jest głównym bohaterem (tytułowy wspólny przyjaciel odnosi się do Rokesmitha, ale na ile wskazuje to na niego jako na głównego bohatera, a na ile na to, że [spoiler]ponieważ to on jest tak naprawdę Johnem Harmonem -- który wcale nie zginął, jak wszyscy myślą -- stanowi niejako oś fabuły, o ile ma ona w ogóle jakąś oś[/spoiler], niech widz sam oceni). Co zwiększa prawdopodobieństwo, że każdy widz znajdzie tu coś godnego śledzenia:)

Znajomi:
Prawdziwie ciężką, ale i bardzo udaną pracę wyabstrahowania z oryginału Dickensa tego, co w nim najważniejsze i najciekawsze -- innymi słowy, napisania scenariusza -- podjęła się Sandy Welch, autorka scenariusza do "Emmy". Jeżeli zaś chodzi o aktorów, to mamy tu Dominica Mafhama (Simon w "Kingdom") w roli Mortimera, Paula McGanna (ósmy Doktor) jako jego kumpla Eugene'a, Keeley Hawes jako Lizzie Hexam, Davida Morrisseya ("Doktor" -- odc. "The Next Doctor", "State of Play", "Rozważna i romantyczna") jako Headstone'a i innych.

"Our Mutual Friend" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Pierwsza część na YT

Zwiastuna nie udało mi się znaleźć, ale za to znalazłam takie coś:)

No i jeszcze, jako wisienka na torcie, parę ilustracji na temat -- wraz z wyczerpującymi opisami -- autorstwa Czytaczki Kolleander, bez której być może nie sięgnęłabym ani po ten serial, ani po książkę.