Tytułowa panna Pettigrew, wytwór wyobraźni angielskiej pisarki Winifred Watson, jest starą panną i raczej kiepską guwernantką. Nie znosi swojej pracy, nie ma oparcia w rodzinie ani przyjaciołach -- ponieważ nie posiada ani jednych, ani drugich -- nie ma za co zapłacić czynszu, a na dodatek właśnie po raz kolejny straciła pracę. W tym ponurym momencie swojego życia trafia na posadę u niejakiej panny Delysii Lafosse, młodej, pięknej kobiety żyjącej pełnią życia, aspirującej aktorki, tymczasem śpiewającej w klubie nocnym, romansującej na raz z trzema mężczyznami i ogółem stanowiącej zaprzeczenie wszystkich zasad, które wpajano pannie Pettigrew przez całe dzieciństwo i młodość oraz według których żyła od tamtej pory. Ale za to o złotym sercu. Tak zaczyna się pełna humoru, przyjęć, muzyki jazzowej oraz pięknych i dobrze ubranych ludzi opowieść o jednym dniu z życia panny Pettigrew, który to dzień owo życie całkiem odmieni.
poniedziałek, 7 maja 2012
Miss Pettigrew Lives for a Day (2008)
Tytułowa panna Pettigrew, wytwór wyobraźni angielskiej pisarki Winifred Watson, jest starą panną i raczej kiepską guwernantką. Nie znosi swojej pracy, nie ma oparcia w rodzinie ani przyjaciołach -- ponieważ nie posiada ani jednych, ani drugich -- nie ma za co zapłacić czynszu, a na dodatek właśnie po raz kolejny straciła pracę. W tym ponurym momencie swojego życia trafia na posadę u niejakiej panny Delysii Lafosse, młodej, pięknej kobiety żyjącej pełnią życia, aspirującej aktorki, tymczasem śpiewającej w klubie nocnym, romansującej na raz z trzema mężczyznami i ogółem stanowiącej zaprzeczenie wszystkich zasad, które wpajano pannie Pettigrew przez całe dzieciństwo i młodość oraz według których żyła od tamtej pory. Ale za to o złotym sercu. Tak zaczyna się pełna humoru, przyjęć, muzyki jazzowej oraz pięknych i dobrze ubranych ludzi opowieść o jednym dniu z życia panny Pettigrew, który to dzień owo życie całkiem odmieni.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Kino grenlandzkie
A na koniec -- trochę muzyki, czyli piosenka z "Qaqqat Alanngui":
piątek, 20 kwietnia 2012
Pushing Daisies (2007-2009)
Pisałam ostatnio, że przemawiają do mnie odjechane pomysły scenariuszowe. Oto kolejny: młody człowiek imieniem Ned posiada szczególny dar -- jego dotyk ożywia umarłych. Darowi jednakże towarzyszą dodatkowe warunki. Po pierwsze, powtórne dotknięcie ożywionego uśmierca go ponownie, tym razem na dobre. Po drugie, jeżeli ów powtórny dotyk nie nastąpi w ciągu minuty od pierwszego, ktoś inny musi umrzeć. Ned zajmuje się na co dzień prowadzeniem restauracji, w której sprzedaje ciasta owocowe własnego wypieku, a dzięki swoim zdolnościom ma zawsze pod dostatkiem świeżych składników. Zdolności te pomagają mu także w drugiej działalności: współpracuje z prywatnym detektywem Emersonem Codem (który w chwilach zdenerwowania koi nerwy wyrabiając na drutach włóczkowe futerały na pliki banknotów czy kabury na swoje rewolwery), pomagając mu rozwiązywać sprawy morderstw po prostu pytając zamordowanych, kto ich wyprawił na tamten świat. I wszystko szłoby gładko, gdyby nie to, że pewnego dnia ofiarą morderstwa pada miłość z dzieciństwa Neda, dziewczyna imieniem Chuck. Ożywiwszy ją, Ned nie jest w stanie zmusić się do uśmiercenia jej z powrotem. Chuck pozostaje więc wśród żywych (kosztem niegodziwego właściciela domu pogrzebowego) -- choć, niestety, nie może pozostać wśród swoich bliskich (ciotek Vivian i Lily, miłośniczek sera i ptaków, niegdyś pływaczek synchronicznych, które musiały zakończyć karierę po tym, jak jedna z nich straciła oko, wybite trocinami z kociej kuwety), ani też, co staje się z czasem coraz bardziej przykre dla obojga, dotknąć Neda.
Jeżeli to wszystko nie jest dla Was jeszcze dość odjechane, drodzy Czytacze, to dodam, że historię tę uzupełnia mnóstwo co najmniej równie dziwnych wątków pobocznych (ekologiczny samochód napędzany dmuchawcami, złodziej diamentów marzący o byciu właścicielem galerii sztuki w Meksyku, mężczyzna, któremu w miejsce jego własnych, zmiażdżonych w wypadku nóg, przeszczepiono nogi jego konia...), opowiadanych przez bardzo zaangażowanego narratora ("But young Ned would never forget that happiness born of passion is always short-lived. Yet, through no fault of his own, he had once again stumbled into happiness.") i poprzez (celowo) przerysowaną grę aktorów, dziejących się wśród odrealnionych, bajkowych dekoracji, inspirowanych trochę latami 50. (ach, sukienki Chuck!). I jest nawet, również tutaj, pojedynek na szpady! Wszystko to sprawia, że trudno opisać ten serial inaczej niż jako pod każdym względem uroczy.
Niestety, i na nim się przeciętny widz nie poznał, bo wyprodukowano zaledwie dwa sezony, w sumie 22 odcinki.
Główne role Neda i Chuck grają Lee Pace (Roy z "The Fall") i Anna Friel (Bella Wilfer z "Naszego wspólnego przyjaciela"). A poza tym na przykład Mozzie z "White Collar" w odcinku 2x11 czy Zoe z "Firefly" w odcinku 2x12.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Firefly (2002-2003)
Znajomi:
Jako że to amerykańska produkcja, nie mam ich tu zbyt wielu, jeśli nie liczyć niejakiego Marka Shepparda ("Doktor" -- odcinki "The Impossible Astronaut" i "Day of the Moon", "White Collar" -- odcinek 1x01) i Alana Tudyka, człowieka, który zażył coś, czego nie powinien w "Śmierci na pogrzebie". A twórcą serialu jest Joss Whedon -- ten od "Avengers". I może jeszcze podzielę się refleksją, że oglądanie "Firefly" na zmianę z kryminalnym serialem "Castle" jest zajęciem niezwykle rozpraszającym -- seriale te łączy aktor w głównej roli (Nathan Fillion), a dzieli wiele, między innymi ilość kilogramów na owym aktorze. Wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś go wziął za boki i rozciągnął wszerz. Nie przypuszczałam, że ludzkie organizmy są zdolne do czegoś takiego;)
piątek, 13 kwietnia 2012
Twenty Twelve (2011-2012)
Brytyjska komedia to właśnie to, czego mi było ostatnio trzeba, dlatego dziękuję Czytaczce Karolinie za polecenie mi "Twenty Twelve". Jest to serial -- udający dokument -- o ludziach odpowiedzialnych za przygotowanie letniej olimpiady w Londynie w tytułowym 2012 roku. Jak łatwo się domyślić, przedsięwzięcie to pełne trudności i przeszkód, jakie a to los, a to inni ludzie co rusz stawiają przed bohaterami. I choć co chwila to i owo, a czasem wszystko, się sypie, mimo wszystko udaje się iść do przodu dzięki uporowi, niepoprawnemu optymizmowi, a czasem prostemu zamykaniu oczu na fakty.
Wśród aktorów w rolach głównych są między innymi Hugh Boneville (np. "Downton Abbey", "Miss Austen Regrets") i Jessica Hynes (np. "Spaced"), a w jednym odcinku również kapitan Darling, czyli Tim McInnerny. No i narrator w osobie Davida Tennanta, czyli Dziesiątego Doktora, choć tu mówiącego ze swoim własnym, uroczym szkockim akcentem.
piątek, 17 lutego 2012
White Collar (2009- )
Czytaczka Monika już od jakiegoś czasu namawiała mnie na ten wypad na amerykańskie terytorium, aż w końcu dałam się namówić -- i się wciągnęłam.
"White Collar" to serial o garniturach. Być może przeczytacie gdzieś, drodzy Czytacze, opisy mówiące, że jest to raczej lekki, komediowy serial kryminalny o byłym oszuście, który pomaga FBI w ściganiu podobnych mu przestępców w zamian za -- względną -- wolność, może nawet napotkacie na komentarze, że rzecz jest przyjemna w oglądaniu, z paroma fajnie napisanymi postaciami i relacjami między nimi oraz dowcipnymi dialogami ("You're a conman -- you smile for a living.", "One person's tragedy is another person's excitememt."). Ale nie dajcie się zwieść -- to wszystko są tylko sprawy poboczne. Tak naprawdę chodzi tu przede wszystkim o garnitury. Idealnie skrojone i dopasowane. A także takież koszule i kamizelki, krawaty dobrane idealnie pod kolor podszewki marynarki, fantazyjne spinki do tychże, spodnie z lampasami, zamszowe buty oraz kapelusze.* Właściwie można uznać ten serial za fabularyzowany żurnal mody męskiej i stwierdzam, że mogłoby mu przyświecać poniższe motto:
A jeżeli między wyżej wzmiankowanymi koszulą a kapeluszem znajduje się dodatkowo para ocząt jako te dwa lazurowe jeziora i bujna fala nad czołem -- no cóż, to nawet tym lepiej (choć też szczęka jak na mój gust nieco zbyt kwadratowa, à la książę Karol Filip, ale nie można mieć wszystkiego). Dodatkowo uważam to za dość smutne, że nawet ten z bohaterów, który ma uchodzić za modą mniej niż średnio zainteresowanego i tak ma garnitury lepiej dobrane niż 3/4 polskich mężczyzn. A to, że przez jedną z postaci nazywany jest konsekwentnie per "Suit", potwierdza tylko moją tezę, co tu jest motywem przewodnim.
* I może jeszcze o product placement Forda.
"White Collar" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie
Obrazek wzięłam z: http://theblacktie.tumblr.com/
sobota, 4 lutego 2012
The Fall (2006)
Wspomniałam na początku, że pierwsze, na co się natknęłam w związku z tym filmem, były kadry z niego -- i nie jest to wcale dziwne, jest to bowiem jeden z takich filmów, z których co drugi kadr nadaje się do wydrukowania i oprawienia w ramki. Scenerie, dekoracje (film kręcono w kilkunastu różnych krajach, na pięciu kontynentach) i kostiumy zapierają dech w piersiach -- jest to zdecydowanie jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów, jakie zdarzyło mi się oglądać. I jeszcze na dodatek z muzyką Beethovena w tle.
A jak z fabułą? Inspirowana jest ona ponoć bułgarskim filmem z 1981 roku pod tytułem "Yo ho ho". Jest początek XX wieku, szpital w Los Angeles, do którego trafiają między innymi Alexandria, mała dziewczynka ze złamaną ręką i Roy, kaskader po poważnym wypadku na planie filmowym. Roy zaczyna opowiadać dziewczynce fantastyczne historie i tak film odtąd biegnie dwoma torami: realistycznym, tym w szpitalu -- w którym Roy z pomocą Alexandrii usiłuje zrealizować pewien swój ponury plan -- i fantastycznym -- rozpiętym między złamanym sercem i desperacją narratora a bujną fantazją jego słuchaczki. Czy udało się stworzyć coś, co wykraczałoby poza wyszukaną formę artystyczną, co przykuwałoby do ekranu nie tylko oko, ale i emocje, czy też mamy tu przerost formy nad treścią? Moim zdaniem to pierwsze. "Are you trying to save my soul?" -- pyta Roy Alexandrii w jednej ze scen i można to uznać za zdanie kluczowe dla filmu: o to właśnie toczy się tu gra. Można wprawdzie odnieść wrażenie, że wątek fantastyczny rwie się, szczególnie pod koniec, ale należy pamiętać, że jest on w końcu tylko służebny wobec wątku realistycznego i zawsze pozostaje na łasce Roya i Alexandrii oraz ich stanów psychicznych, a wówczas staje się to zrozumiałe.
Znajomi:
To symptomatyczne, że jedyną znaną mi twarzą jest tu Brytyjczyk, grający Darwina niejaki Leo Bill (który przewija się tu i ówdzie, w różnych serialach i filmach brytyjskich). Poza tym wspomnieć można o odtwórcach głównych ról: do zaledwie sześcioletniej Cantiki Untaru, grającej Alexandrię, mam stosunek ambiwalentny -- z jednej strony jest urocza i naturalna, z drugiej pod koniec zaczęła mnie trochę drażnić. Podobno dużo jej kwestii było improwizowanych, co, paradoksalnie, zgrzyta mi w tego typu filmie, przy tym wymuskaniu każdego kadru (wiem, wydziwiam i w ogóle się czepiam...). Natomiast grający Roya Lee Pace bardzo dobrze wpisuje się w ogólny wysoki poziom estetyki w tym filmie -- nic dziwnego, że w "Hobbicie" ma grać króla elfów i ojca Legolasa:)!
"The Fall" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie (Polski tytuł poraża. Po raz kolejny przekonuję się, że tylko polscy dystrybutorzy są w stanie wspiąć się na takie wyżyny banału.)
