niedziela, 22 grudnia 2013

Miss Fisher's Murder Mysteries (2012- )


Zaplanowałam sobie obejrzenie dwóch dobrze się zapowiadających skandynawskich seriali, ale zdążyłam dotrzeć jedynie do połowy pierwszej serii jednego z nich, kiedy zaczęła się zima i w związku z tym oglądanie czegokolwiek skandynawskiego stało się zupełnie wykluczone. Przeciwnie, nadszedł czas na seriale eskapistyczne, kolorowe i dostarczające beztroskiej rozrywki. Ledwo zaczęłam się za czymś takim rozglądać, gdy Facebook podpowiedział mi polubienie strony serialu "Miss Fisher's Murder Mysteries". Zazwyczaj nie zwracam uwagi na fejsbukowe podpowiedzi, ale tym razem, po tym, jak wyskakiwała mi ona już któryś dzień z rzędu, w końcu zaintrygowała mnie na tyle, żeby sprawdzić, o co chodzi.

No i już wiem: chodzi o australijski serial detektywistyczny, adaptację serii powieści tamtejszej pisarki Kerry Greenwood, rozgrywających się w Melbourne w późnych latach 20. i opowiadających o niejakiej Phryne Fisher, kobiecie majętnej i bywałej w świecie, obdarzonej licznymi talentami i umiejętnościami, korzystającej z życia bez żadnych ograniczeń, o stylu życia i poglądach zgoła nieprzystających do początku zeszłego wieku. No i poza tym parającą się pracą detektywistyczną. Nie należy się po tym serialu spodziewać zbytniego realizmu: rozgrywa się on w świecie, w którym wszyscy bohaterowie prezentują się zawsze jak świeżo spod krawieckiej igły i od fryzjera, mimo gorącego australijskiego klimatu i oddawania się takim czynnościom jak pogonie za przestępcami, walki wręcz i z użyciem różnorakiej broni palnej oraz białej, wspinanie się po ścianach budynków czy oglądanie, nieraz dość krwawych, miejsc przestępstw; w którym morderstwa zdarzają częściej niż kradzieże rowerów, a całe Melbourne zdaje się mieć tylko dwóch policjantów, którym poza tym nie przeszkadzają cywile permanentnie wtrącający się w śledztwo, a wręcz są gotowi na żądanie tych cywilów rzucić posterunek i wyjechać pomagać w śledztwach na peryferiach; w którym bohaterka w niemal każdym odcinku objawia jakiś nowy talent (m.in. języki, śpiew, różnorakie rodzaje tańca, brawurowa jazda samochodem, pilotowanie samolotu, no i mistrzowskie posługiwanie się swoim nieodłącznym złotym rewolwerem i nożem ukrytym w pończosze) i równie często znajduje sobie nowych kochanków oraz w którym para bohaterów będzie się bujać z wzajemnym ku sobie się maniem przez dwa sezony i nic z tym nie zrobi oprócz okazjonalnego słania sobie znaczących spojrzeń i rzucania dwuznacznych komentarzy. To jest właśnie taki rodzaj serialu -- ale w tym jego czar. W tym oraz w pięknych kostiumach (ach, kreacje Phryne!) i dekoracjach, interesujących bohaterach -- w tym, jak to miło oglądać, dużej proporcji ciekawych postaci żeńskich -- błyskotliwych dialogach oraz ogólnym uroku radosnej beztroski epoki jazzu sprzed wielkiego kryzysu.

Skandynawskie seriale będą zatem musiały poczekać do wiosny, a tymczasem trzymam mocno kciuki za to, żeby australijska telewizja zdecydowała się na wyprodukowanie trzeciej serii przygód panny Fisher.

Znajomi:
Myślałam, że w australijskim serialu nie mam szans wypatrzyć żadnych znajomych, ale oto już w pierwszym odcinku pojawiła się Miranda Otto, czyli Eowina z adaptacji Władcy Pierścieni.

"Miss Fisher's Murder Mysteries" na:

niedziela, 24 listopada 2013

The Five(ish) Doctors Reboot (2013)

W nawiązaniu do wczorajszego 50. jubileuszu serialu "Doctor Who" nakręcono również półgodzinny udawany dokument o przygodach Petera Davisona, Colina Bakera i Sylvestra McCoya (z małym dodatkiem Paula McGanna i głosu Toma Bakera), aktorów grających Doktora w przeszłości, których nie zaproszono do udziału w jubileuszowym odcinku i o tym, jak usiłują się mimo wszystko dostać na plan. Zabawny, autoironiczny i z udziałem mnóstwa gości specjalnych (np. Petera Jacksona). Do obejrzenia na stronie BBC.

sobota, 9 listopada 2013

Zapowiedzi: Jubileuszowy odcinek "Doktora"



Z okazji pięćdziesięciolecia serialu "Doctor Who", BBC przygotowuje specjalny, jubileuszowy odcinek. W którym powrócą m.in. Dziesiąty Doktor i Rose. Niestety, ponieważ autorem scenariuszy jest wciąż Steven Moffat, nie robię sobie zbyt wielkich nadziei na logiczną fabułę czy sensowne poprowadzenie postaci.

środa, 6 listopada 2013

Ambassadors (2013)



David Mitchell i Robert Webb to jeden z brytyjskich duetów komediowych. Razem nakręcili m.in. serial komediowy "Peep Show" (jakoś mnie nie wciągnął) oraz serie programów rozrywkowych ze skeczami. Serial "Ambassadors" to ich najnowszy wspólny projekt. Trochę też komedia, ale nie z takich zupełnie zwariowanych i pozbawionych poważnych elementów.

Jak tytuł częściowo podpowiada, fabuła serialu opowiada o losach brytyjskiej ambasady w fikcyjnym państwie w Azji Centralnej, jednej z byłych republik radzieckich, o nazwie Tazbekistan. Stosunkowo nowy na swoim stanowisku ambasador oraz jego nieco bardziej doświadczona, ale i tak czasem dość bezradna w starciu z miejscową rzeczywistością ekipa usiłuje tu jednocześnie zabezpieczyć brytyjskie interesy, ogarnąć dość niestabilną miejscową polityką i osobliwe zwyczaje oraz z sukcesem rywalizować z innymi ambasadami, głównie francuską i amerykańską.

Zazwyczaj z pewnym dystansem podchodzę do zachodnioeuropejskich prób opisania czegokolwiek umiejscowionego z grubsza między Berlinem a Lahaur, bo przeważnie próby takie opierają się głównie na szytymi grubymi nićmi stereotypach i założeniu, że i tak nikt o tych terenach nic nie wie ani go nie obchodzą, a zatem nie będzie się czepiać. Tutaj jednak, wydaje mi się, do tematu zabrano się bez (zbytniej) chęci pokazywania swojej wyższości, a choć miejscowe stosunki są przedstawione jako dziwaczne, to z drugiej strony tacy są w tym serialu także sami Brytyjczycy (deska do prasowania jednego z pomniejszych członków brytyjskiej rodziny królewskiej najlepszym przykładem). Fabuła jest zajmująca, z odpowiednią dawką wątków poważnych i zabawnych, a wykonanie dobre. I wcale bym się nie obraziła, gdyby w planach było więcej niż te dotychczasowe trzy odcinki.

Znajomi:
Oprócz wyżej wymienionych panów mamy tu między innymi Keeley Hawes jako żonę ambasadora oraz jej prywatnego męża, Matthew Macfadyena (aka Drętwego Matthew) jako londyńskiego zwierzchnika tytułowych ambasadorów, nazywanego przez nich Prince of Darkness, w skrócie POD.

Co zaś do lokalizacji, mam nieodparte wrażenie, że tazbecką stolicę udaje w tym serialu turecka Bursa, którą zdarzyło mi się na początku tego roku zwiedzić.

"Ambassadors" na:

sobota, 19 października 2013

sobota, 28 września 2013

Vicious (2013- )


Sitcom z Ianem McKellenem i Derekiem Jacobim w rolach głównych? Nie sądziłam, że coś takiego jest możliwe, ale skoro okazuje się, że nie tylko jest możliwe, ale nawet istnieje, prędzej czy później musiałam się z tym zapoznać. McKellen i Jacobi grają tu Freddy'ego i Stuarta, parę z prawie pięćdziesięcioletnim stażem, co do której nie wiadomo właściwie, czy bardziej się kochają, czy nie znoszą, bo cały wspólny czas zdają się wypełniać mniej lub bardziej wrednymi docinkami i złośliwościami, głównie sprowadzającymi się do wytykania sobie nawzajem podeszłego wieku. Galerię stałych postaci uzupełnia ich stara przyjaciółka Violet oraz sąsiad Ash, który jest obiektem atencji pozostałej trójki, ponieważ jest młody i atrakcyjny.

Mam mieszane uczucia wobec tego serialu. Z jednej strony okazja zobaczenia tak poważnych aktorów w czymś tak niepoważnym to nie lada gratka (szczególnie po Jacobim bym się tego nie spodziewała, do tej pory bowiem kojarzył mi się jedynie z Szekspirowskimi dramatami i "Cadfaelem"), a wredność ich dialogów i docinków -- zgodnie z tytułem serialu -- przemawia do mojej paskudnej natury. Miejscami bywa też tu autentycznie zabawnie. Z drugiej strony formuła serialu jest dość jednostajna, opierająca się na schemacie: złośliwość pod adresem Stuarta, złośliwość pod adresem Freddy'ego, molestowanie Asha, złośliwość pod adresem Violet. I tak w kółko. Jest to dość monotonne i miejscami ocierające się o granice dobrego smaku.

Znajomi:
Już wymienieni.

"Vicious" na:

środa, 25 września 2013

Miranda (2009- )


Brytyjska komiczka Miranda Hart zrobiła sitcom o sobie samej. Czy też raczej o alternatywnej wersji siebie, podkoloryzowanej dla efektu komicznego: trzydziestoparoletniej singielce o urodzie nie całkiem zgadzającej się ze współczesnymi kanonami, słabością do jedzenia i przystojnego kolegi (nie jestem pewna, w jakiej kolejności), zamiłowaniem do niekonwencjonalnych rozrywek i wpadania w śpiew przy najmniejszej prowokacji, posiadaczki stukniętej matki i mniej stukniętej przyjaciółki, właścicielki sklepu ze śmiesznymi rzeczami. Jest to typ komedii opierającej się na dość prostym humorze: dużo tu przewracania się, pomyłek, wpakowywania się w dziwaczne sytuacje, pogoni za płcią przeciwną i robienia z siebie idiotki na różne sposoby. Ale z drugiej strony nowością jest, że to wszystko widzimy w wykonaniu bohaterki żeńskiej; poza tym mimo wszystko pełno w tym wszystkim ciepła i optymizmu -- serial ten ma duży potencjał poprawiania widzowi humoru. Twórczyni i odtwórczyni głównej roli dba o widza dobre samopoczucie między innymi witając go osobiście na początku każdego odcinka, a także zwracając się do niego słowem lub gestem również wielokrotnie w trakcie jego trwania.

Znajomi:
Miranda Hart gra między innymi w "Call the Midwife", choć ja osobiście pierwszy raz miałam okazję ją zobaczyć w świetnej parodii musicalu "Mamma Mia!" autorstwa duetu French & Saunders. Grający główny obiekt westchnień Mirandy w serialu Gary'ego Tom Ellis pojawił się na chwilę w "Once Upon A Time" jako Robin Hood (odc. 2x19), ale niestety w następnym sezonie zastąpi go w tej roli ktoś inny. Poza tym w rolach mniej lub bardziej epizodycznych pojawiają się w "Mirandzie" między innymi Peter Davison, czyli Piąty Doktor (odc. 1x02), Brian ze "Spaced" (odc. 2x05) czy Herrick z "Being Human" (odc. 3x01).

"Miranda" na:

czwartek, 19 września 2013

Zapowiedzi: Trzecia seria "Once Upon A Time"


Dopiero półtora tygodnia przed premierą trzeciej serii "Once Upon A Time" pojawia się wreszcie zwiastun, który pokazuje choć trochę nowego materiału, a nie tylko powtórki z poprzedniego sezonu. Choć i tu jest go mało, zaledwie ostatnie pół minuty zwiastuna...

sobota, 24 sierpnia 2013

Broadchurch (2013)


Broadchurch to małe nadmorskie miasteczko, z gatunku takich, w których wszyscy się znają i nigdy nic się nie dzieje. Ale właśnie coś się w nim wydarza: zostaje zamordowany jedenastoletni chłopiec. Tragedia ta będzie miała przeogromny wpływ nie tylko na jego najbliższą rodzinę, ale na całe miasteczko. W miarę jak policyjne śledztwo w sprawie morderstwa postępuje, widzimy, jakie głębokie blizny żłobi ono w lokalnej społeczności, jak na jaw wychodzą różne, zdawałoby się niezwiązane ze sprawą kwestie z dalekiej i bliskiej przeszłości, a zbrodnia rykoszetem trafia w postronnych ludzi.

Kto szuka szybkiej akcji i fajerwerków, może sobie ten serial odpuścić. Kto natomiast lubi interesujące postaci, dobre aktorstwo, atmosferę, napięcie budowane stopniowo i subtelnie, kontemplacyjne a dopieszczone ujęcia morskich wybrzeży, dopracowane współgranie zdjęć i ścieżki dźwiękowej -- ten "Broadchurch" omijać nie powinien.

Znajomi:
Że wspomnę chociażby Davida Tennanta (Doktor, of kors), Olivię Colman (na przykład "Twenty Twelve"), Arthura Darvilla (znów Doktor, a raczej jeden z jego towarzyszy podróży, a także na przykład "Mała Dorrit") czy Andrew Buchana ("Garrow's Law", "Party Animals", "Cranford", jedna z wersji "Jane Eyre").

"Broadchurch" na:

środa, 14 sierpnia 2013

Ripper Street (2012- )


Czepiałam się ostatnio zbyt optymistycznej serialowej wizji życia w biednych wschodnich dzielnicach Londynu, a tu się okazuje, że wystarczy cofnąć się o nieco ponad pół wieku (no i zmienić gatunek) i z optymizmem można się pożegnać. Serial "Ripper Street" dzieje się w londyńskiej dzielnicy Whitechapel pod koniec lat 90. XIX wieku -- wkrótce potem, jak grasował w niej słynny Kuba Rozpruwacz. Jego działania wciąż kładą się cieniem na całej dzielnicy, w szczególności na miejscowej policji, której nie udało się go złapać albo choć zidentyfikować. A że serial to kryminalny, łatwo się domyślić, że to właśnie policjanci są jego głównymi bohaterami: inspektor Edmund Reid, jego sierżant Drake, a także Amerykanin przedstawiający się jako kapitan Homer Jackson, były pracownik agencji Pinkertona i lekarz wojskowy, którego zdolności i doświadczenie Reid uznaje za bardzo przydatne i dlatego rekrutuje go do pomocy przy ściganiu różnego rodzaju przestępstw. Od "drobnych" morderstw po szeroko zakrojone akty terrorystyczne, przez różnorakie spiski, brutalne sposoby rozwiązywania problemów, ludzi pragnących wyrównać stare rachunki czy mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet -- wszystkiego tego nie brak na wąskich i brudnych ulicach Whitechapel. I w ogóle widać, że twórcy serialu chcieli przedstawić świat bardzo mrrroczny. Fabuły nie powalają tu może na kolana, a ścieżka dźwiękowa, sposób filmowania, a nawet krój napisów początkowych podejrzanie bardzo przywołują na myśl "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego. Osobiście mi to jednak nie przeszkadza -- nawet wprost przeciwnie -- a z drugiej strony jest i całkiem niezła strona wizualna, aktorstwo, no i kapitan Jackson!

Znajomi:
W głównej roli mój ulubiony angielski Matthew, czyli Matthew Macfadyen, grający tu coś w rodzaju Toma Quinna w przeszłości. W rolach drugo- i trzecioplanowych przewijają się, jak zwykle, mniej lub bardziej znani nam aktorzy, np. ósmy Doktor, czyli Paul McGann. Ciekawostką jest aktor grający kapitana Jacksona, Adam Rothenberg, którego wprawdzie zupełnie nie kojarzę, ale jak zobaczyłam jego zdjęcia nie w roli, stwierdziłam, że a) jest zupełnie niepodobny, b) jest zupełnie nieatrakcyjny, mimo że jego postać w serialu zdecydowanie takowa jest. Ot, magia ekranu!

"Ripper Street" na:

wtorek, 16 lipca 2013

Call the Midwife (2012- )


Dla tych z Czytaczy, którzy potrzebują czegoś optymistycznego i promującego niezłomną wiarę w człowieka, serial "Call the Midwife" jest jak najbardziej odpowiednim wyborem. Oparty jest on na pamiętnikach Jennifer Worth, która opisuje w nich swoją pracę jako pielęgniarki w biednych dzielnicach Londynu w latach 50. A jak tytuł zarówno pamiętników, jak i serialu wskazuje, głównym elementem tej pracy było położnictwo. Wydarzenia oglądamy tu oczami głównej bohaterki, Jenny Lee, która podejmuje pracę pielęgniarki-położnej w domu zakonnym zajmującym się opieką medyczną nad londyńską dzielnicą Poplar. Dla wychowanej w dostatku panny z dobrego domu warunki, które tu zastaje są z początku sporym szokiem, jednak nie przeszkadza jej to z oddaniem wziąć się do pracy oraz nawiązać dobrych stosunków zarówno ze współpracownicami, jak i miejscowymi.

Jak wspomniałam, serial to optymistyczny i do pewnego stopnia podnoszący na duchu -- czasami wręcz wydaje się to dziwne: liczba szczęśliwych zakończeń stoi w dysproporcji do odnarratorskich zapewnień, w jakich to strasznych warunkach przyszło przedstawionym w serialu ludziom mieszkać. Ale żeby nie było, że jestem krwiożercza i chciałabym oglądać tylko ludzką krzywdę, dodam, że jest to niewielki zgrzyt, szczególnie w porównaniu do plusów serialu, jak na przykład oddanie klimatów miejsca i czasu akcji, aktorstwo czy ciekawe historie.

Znajomi:
W serialu występują między innymi Jenny Agutter czy komiczka Miranda Hart, a narratorką -- mającą stanowić starszą i dojrzalszą wersję siostry Jenny Lee -- jest Vanessa Redgrave.

"Call the Midwife" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Parodia, z elementami "Doktora Who" i autorskiego sit-comu grającej jedną z głównych ról Mirandy Hart, którego być może też tu wkrótce opiszę.

piątek, 31 maja 2013

Wonderfalls (2004)

Fakty, które były mi znane o serialu "Wonderfalls" zanim zdecydowałam się go obejrzeć, były następujące: jednym z jego pomysłodawców był Bryan Fuller, twórca m.in. "Pushing Daisies", opis fabuły wydawał się dziwaczny, grał w nim Lee Pace i nakręcono tylko jeden sezon, co, jak podpowiada doświadczenie, często znaczy, że serial jest oryginalny. Wszystkie te fakty razem i każdy z osobna uznałam za zachęcające i mniej więcej pół godziny po tym, jak dowiedziałam się o istnieniu tego serialu, zaczęłam oglądać pierwszy odcinek.

Wspomniana dziwaczność fabuły polega na tym, że główna bohaterka, Jaye Tyler, stroniąca od głębszej interakcji z otoczeniem absolwentka filozofii prestiżowego uniwersytetu, która jednak -- zamiast podążać za karierą wzorem swojej rodziny -- zdecydowała się pracować jako sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami nad wodospadem Niagara, pewnego dnia zaczyna słyszeć głosy. Konkretnie, plastikowe i pluszowe zabawki w jej sklepie zaczynają jej wydawać polecenia, zwykle wymagające wyjścia z bezpiecznej skorupki, w której Jaye się zamknęła. Świat tu przedstawiony jest zakręcony i na wpół fantastyczny, bohaterowie pełni dziwactw, dialogi zabawne, a ogólna atmosfera przypomina nieco wspomniane "Pushing Daisies". "Wonderfalls" nie jest wprawdzie serialem równie dobrym, ale widać już, w jakim kierunku Fuller zmierzał i to również się całkiem przyjemnie ogląda.

Znajomi:
Oprócz wspomnianego Lee Pace'a (który niestety gra tu rolę ledwie drugo-, czy wręcz trzecioplanową), w epizodach przewija się więcej aktorów z "Pushing Daisies". A także na przykład Kaylee z "Firefly".

"Wonderfalls" na:
IMDb

Zwiastuna nie znalazłam, ale za to jest teledysk:

wtorek, 28 maja 2013

Once Upon A Time (2011- )



Naszła mnie ochota na fantastyczny eskapizm, postanowiłam więc dać szansę serialowi, który kiedyś obił mi się o oczy podczas łażenia po internetach. Nie spodziewałam się, że tak mnie wciągnie.

W dniu dwudziestych ósmych urodzin głównej bohaterki "Once Upon A Time", Emmy, na jej progu staje dziesięcioletni chłopiec, który oświadcza, że jest jej synem, oddanym zaraz po urodzeniu do adopcji. Jakby tych rewelacji było mało, dzieciak twierdzi na dodatek, że mieszkańcy miasteczka Storybrooke, z którego właśnie przyjechał, to naprawdę postaci z baśni, ofiary klątwy złej królowej, która uwięziła wszystkich w naszym świecie, na dodatek pozbawiając ich pamięci swoich prawdziwych osobowości i poprzedniego życia. Emma zaś ma być córką Królewny Śnieżki i jedyną szansą na złamanie klątwy. Bohaterka wprawdzie nie wierzy w tę fantastyczną opowieść, ale daje się przekonać do odwiezienia chłopca do domu, a potem, również na jego prośbę, postanawia zostać w miasteczku na jakiś czas. I tu zaczynają się problemy, bo adopcyjną matką małego Henry'ego okazuje się trzęsąca całym miasteczkiem pani burmistrz, która ani myśli dzielić się synem z nagle odnalezioną naturalną matką i od pierwszej chwili pała do niej niechęcią. No i według opowieści chłopca jest złą królową odpowiedzialną za rzucenie klątwy.

Mimo sceptycyzmu Emmy, dla widza od początku jest jasne, że Henry ma rację -- mieszkańcy Storybrooke naprawdę byli kiedyś postaciami z baśni. W kolejnych odcinkach serialu mamy okazję oglądać nie tylko zmagania Emmy i innych bohaterów z panią burmistrz w naszym świecie, ale też, w serii niechronologicznych retrospekcji, wydarzenia w świecie baśniowym, które doprowadziły w końcu do fatalnej klątwy. I nawet, zaskakująco, wszystko to -- oba światy oddzielnie i razem -- dosyć trzyma się kupy, przynajmniej w pierwszym sezonie. Całkiem niezłą frajdą jest też oglądać, jak twórcy poprzerabiali tu znane baśnie oraz próbować zgadnąć, kto jest kim. Przy czym baśnie się ze sobą zazębiają i na siebie nachodzą (np. Królewna Śnieżka i Czerwony Kapturek są serdecznymi przyjaciółkami), czasem do tego stopnia, że jeden bohater jest jednocześnie postacią z więcej niż jednej opowieści (np. Rumplestiltskin* jest również Bestią z "Pięknej i Bestii" oraz metaforycznym krokodylem, któremu kapitan Hak z "Piotrusia Pana" zawdzięcza swój pseudonim).

Owszem, ma ten serial trochę wad. Tak, w drugim sezonie fabuła zaczyna stawać się dziurawa jak sito. Tak, aktorstwo pozostaje miejscami wiele do życzenia. Tak, postaci i wydarzenia bywają tak przerysowane, że czasem ciężko zachować powagę -- szczególnie postaci negatywne (a kapitan Hak używa więcej eyelinera niż Guy z Gisborne;)). Tak, bywa, że od dialogów marszczy się skóra, a częstotliwość kwestii o True Love (niemal słychać wielkie litery za każdym razem, gdy wypowiadane są te słowa) i padania sobie przez bohaterów w ramiona przyprawia o mdłości. Tak, twórcy często zdają się bazować bardziej na disneyowskich niż oryginalnych książkowych wersjach baśni. I zaczyna się doceniać brytyjski zwyczaj produkowania sześciu-ośmiu odcinków na sezon, dzięki czemu można się skupić na opowiedzeniu historii jak należy, zamiast rozmieniać się i rozmywać na nic niewnoszące wątki. Ale mimo tego wszystkiego, jakoś, serial ten po prostu wciąga!

A wkrótce ma się zacząć spin-off pt. "Once Upon a Time in Wonderland".

* Która to postać, jak właśnie wyczytałam w Wikipedii, w polskich tłumaczeniach braci Grimm nazywa się Titelitury, Hałasik lub Rumpelsztyk. Szczerze powiem, że nie znam tej baśni, więc żadne z tych imion jakoś szczególnie do mnie nie przemawia.

Znajomi:
Główną bohaterkę gra doktor Cameron z "House'a". Wypatrzeć też można całkiem poważnych aktorów z filmowym dorobkiem, na przykład Roberta Carlyle czy Barbarę Hershey.

"Once Upon A Time" na:

środa, 15 maja 2013

Historieätarna (2012- )


Zadaniem telewizji publicznej, jak wiadomo, jest spełnianie misji. Na przykład poprzez programy edukacyjne. Bywa nawet, że zdarzy się program, który jest nie tylko edukacyjny, ale też rozrywkowy. Że Brytowie potrafią zrobić coś takiego, to wiadomo od dawna. Ale okazuje się, że Szwedzi również -- na przykład w postaci programu pod tytułem "Historieätarna" (zresztą, szwedzkiej przeróbki brytyjskiego programu "The Supersizers Go..." produkcji BBC).

Przetłumaczenie tego tytułu jest pewnym wyzwaniem, jest to bowiem tak typowe dla języków germańskich złożenie. Osobiście waham się między "Pożeraczami historii" a "Historycznymi zjadaczami" -- w każdym razie chodzi o historię i o czynność jedzenia. Jak łatwo się więc domyślić, program koncentruje się na historii zwyczajów żywieniowych -- ale nie tylko na tym. Dwoje gospodarzy, Lotta Lundgren i Erik Haag, w każdym z sześciu odcinków odwiedzają inny okres z historii Szwecji: epokę mocarstwową (1611-1697), lata 70., czasy oskariańskie (koniec XIX wieku), lata 20., epokę wolności (1718-1772) i czas II wojny światowej. Przebierają się w stroje właściwe dla epoki, zamieszkują w odpowiednich domach, próbują dbać o zdrowie i higienę, próbują czynności i zwyczajów typowych dla czasów, no i, oczywiście, jedzą wyłącznie dania przyrządzone według przepisów znalezionych w historycznych książkach kucharskich. Poza tym również rozmawiają z zaproszonymi do programu gośćmi-ekspertami: historykami, kostiumologami, dziennikarzami, politykami, aktorami itd. Przy czym formuła programu zakłada, że chociaż jego gospodarze starają się prowadzić tryb życia najbliższy omawianej epoce, to jednak poruszają się po współczesnym Sztokholmie, a ich goście występują w XXI-wiecznych ubraniach, nawet jeżeli i oni są częstowani historycznymi potrawami. I tak możemy na przykład oglądać gospodarza programu w XIX-wiecznym garniturze podróżującego sztokholmską kolejką i wdającego się w pogawędkę z językoznawcą i komikiem Fredrikiem Lindströmem, w innym odcinku w XVIII-wiecznym stroju wyzywającego na pojedynek dziennikarza, który uraził jego honor w recenzji na swoim blogu, albo też gospodynię programu dyskutującą o zaletach i wadach gorsetów z aktorką Pernillą August przy uroczystej kolacji. No i próbę odtworzenia słynnej wieczerzy króla Adolfa Fryderyka, która skończyła się jego śmiercią (od razu uspokajam, że gość przeżył).

Muszę przyznać, że bardzo to pomysłowa formuła, pozwalająca twórcom programu stosunkowo małym kosztem przekazać w atrakcyjny sposób całkiem sporo interesujących historycznych informacji (choć oczywiście jest to historia nieco uproszczona na użytek przeciętnego widza). W temacie tytułowego jedzenia, na przykład, można się dowiedzieć, że przodkowie Szwedów pili ogromne ilości alkoholu, głównie piwa -- woda była przeważnie zbyt zanieczyszczona, żeby można było ją bezpiecznie pić, a kawy i herbaty przed XX wiekiem albo w ogóle nie znano, albo traktowano jako luksus. W związku z czym już na początku programu uprzedzono gospodarzy, że prawdopodobnie przez większość czasu będą wstawieni oraz borykać się będą z objawami odstawienia (ponieważ wszyscy dorośli Szwedzi są uzależnieni od kawy). Innym wynikiem eksperymentu jest również konstatacja, że najbardziej obrzydliwe jedzenie jadano w oświeceniu. Zawsze traktowałam tę epokę z pewną podejrzliwością.

Drugi sezon zapowiadany jest na rok 2014.

"Historieätarna" na Wikipedii

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Sharpe's Rifles (1993)

Jakiś czas temu krążył po internecie mem o tym, jakoby Sean Bean ginął w każdym filmie, w którym gra, zrobiony najwyraźniej przez kogoś, kto widział ze trzy filmy z tym aktorem i był straumatyzowany rozwojem wypadków w "Grze o tron". Aby więc zadać kłam powyższemu twierdzeniu, przedstawiam serię szesnastu filmów, w których bohater grany przez Seana Beana przeżywa całą wojnę, niezliczoną liczbę bitew, potyczek, pojedynków oraz rozprawiania się z osobistymi wrogami i choć odnosi wiele ran ciętych oraz postrzałowych (przynajmniej raz na film), to nigdy nie pozwala, żeby spowolniło go to na dłużej niż jeden-dwa dni albo spowodowało większe dolegliwości niż lekkie utykanie.

Richard Sharpe, bo tak właśnie się ten bohater nazywa, został wymyślony i opisany w serii powieści historyczno-przygodowych przez angielskiego pisarza Bernarda Cornwella, dziejących się w czasach, gdy mundury wojskowe projektowano chyba z założeniem, żeby najłatwiej było w nie celować przeciwnikowi oraz żeby zmieścić na nich największą możliwą ilość guzików. Część z tych powieści została zaadaptowana na filmy telewizyjne -- nie czytałam oryginałów, ale ponoć w wielu miejscach od nich odbiegające, a to z tego powodu, że czasami filmowcy kręcili szybciej, niż Cornwell pisał i musieli sami sobie dopowiadać dalsze ciągi (np. w przypadku części "Sharpe's Gold"). W nagłówku wymieniłam tylko tytuł pierwszego filmu z serii -- kolejne części powstały zaraz potem, w latach 90., plus dwie dodatkowe po prawie dziesięcioletniej przerwie. Wszystkie noszą tytuły według wzoru "Cośtam Sharpe'a": "Sharpe's Eagle" (1993), "Sharpe's Company" (1994), "Sharpe's Enemy" (1994), "Sharpe's Honour" (1994), "Sharpe's Gold" (1995), "Sharpe's Battle" (1995), "Sharpe's Sword" (1995), "Sharpe's Regiment" (1996), "Sharpe's Siege" (1996), "Sharpe's Mission" (1996), "Sharpe's Revenge" (1997), "Sharpe's Justice" (1997), "Sharpe's Waterloo" (1997), "Sharpe's Challenge" (2006) i wreszcie "Sharpe's Peril" (2008).

Tytułowego bohatera poznajemy w roku 1809, kiedy to ratuje on życie Arthura Wellesleya, przyszłego lorda Wellingtona, za co zostaje awansowany do stopnia porucznika. Stając się odtąd obiektem snobistycznej pogardy innych oficerów, oburzonych wyniesieniem tak wysoko prostego żołnierza, człowieka bez arystokratycznego pochodzenia i koneksji. W kolejnych filmach będziemy śledzić zmagania jego i jego dzielnej kompanii w czasie wojen napoleońskich i bezpośrednio po nich -- najpierw w walkach na Półwyspie Iberyjskim, potem po powrocie do domu, w Anglii, a na końcu w Indiach.

Jak można się spodziewać po tym, że to produkcja telewizyjna, producenci dysponowali dość ograniczonym budżetem, przez co czasem ma się wrażenie, że wojny napoleońskie polegały na tym, że pięćdziesięciu chłopa biło się w kółko o jeden wąwóz i pobliskie miasteczko. Zamiast na widowiskowości filmy opierać się muszą więc na scenariuszach i grze aktorskiej -- i o ile ta druga raczej nie zawodzi, to te pierwsze bywają bardzo nierówne (co specjalnie nie dziwi, przy szesnastu filmach). Oglądanie serii w zbyt dużych dawkach bywa prawdę mówiąc nużące, ze względu na powtarzalność fabuły i typów bohaterów.

Z drugiej strony, i te wspomniane pięćdziesięciu chłopa wydaje się zbędne, bo drużyna Sharpe'a z powodzeniem byłaby w stanie załatwić całą francuską armię samodzielnie, tacy są wspaniali i niemal niezniszczalni. A sam Sharpe! Ach, Sharpe! Kobiety za nim szaleją (wszystkie! W pewnym momencie zaczyna się to robić komiczne), jego ludzie gotowi są iść za nim w ogień, dowódcy go cenią, wrogowie nienawidzą z pasją, a gdy przemawia, za jego plecami powiewa brytyjska flaga.

Znajomi:
Oprócz odtwórcy głównej roli (który, nawiasem mówiąc, w ostatniej chwili zastąpił Paula McGanna, czyli ósmego Doktora) lista aktorów pojawiających się w serii o Sharpe'ie zawiera, aczkolwiek nie ogranicza się do: Briana Coxa, Daniela Craiga (ledwo dającego się rozpoznać w postaci sprzed dwudziestu lat!), Marca Warrena, Elizabeth Hurley, Emily Mortimer, Marka Stronga, Philipa Glenistera, Paula Bettany'ego, Toby'ego Stephensa, czy Juliana Fellowesa, czyli twórcy "Downton Abbey" (i to aż dwa razy -- po tym jak zostaje zabity w pierwszej części powraca w zupełnie innej roli w jednej z kolejnych).

"Sharpe" na:
IMDb
Filmwebie

A tu można obejrzeć całość.

sobota, 23 marca 2013

Shetland (2013- )



Z jakiegoś powodu fascynują mnie odległe wyspy na Atlantyku i mam życiową ambicję jak najwięcej z nich w życiu zwiedzić. Naturalnym jest więc, że gdy usłyszałam o produkcji BBC zatytułowanej od jednego z archipelagów północnej Europy, od razu mnie to zaintrygowało.

"Shetland" to dwuczęściowy kryminał, ekranizacja powieści Ann Cleeves "Red Bones" -- trzeciej w czteroczęściowej serii. Mamy tu niewielką wyspiarską społeczność, w której wszyscy są ze sobą jakoś związani -- zarówno więzami krwi czy przyjaźni, jak i skrywanymi od dziesięcioleci tajemnicami -- a zarazem w większości żyją na tyle od siebie nawzajem oddaleni, że ich poczynania nie mają świadków, mamy wietrzną, melancholijną atmosferę lądu na końcu świata, jednak zagęszczającą się w miarę jak sekrety wychodzą na światło dzienne, wplecioną historię wysp, wikingów, policjantów uzależnionych w swoich śledztwach od rozkładu promów, piękne wyspiarskie krajobrazy (choć można było je jeszcze lepiej wyeksponować, moim zdaniem) i smętną szkocką muzykę. Innymi słowy, jest atmosfera. Wyczytałam wprawdzie zarzut, że aktorzy mówią z akcentem ze Szkocji właściwej, zamiast z szetlandzkim, ale przyznam szczerze, nawet jeżeli ryzykuję tym samym wyjście na kulturową ignorantkę, że nie bardzo się tym przejmuję -- już użyty tu akcent czasem ciężko jest zrozumieć. Jeżeli BBC zdecyduje się zekranizować i pozostałe powieści z serii, chętnie się z wynikiem ich prac zapoznam.

"Shetland" na:


poniedziałek, 18 marca 2013

Tatort (1970- )


Na moim pierwszym blogu opisałam kulturowy fenomen niemieckiego serialu "Tatort" -- "miejsce zbrodni". Specyfika serii -- oprócz jej kultowego statusu -- polega na tym, że owo tytułowe miejsce zbrodni jest każdego tygodnia inne. W każdym z nich działa inny zespół policjantów borykających się z mniej lub bardziej lokalnymi problemami. Można to porównać do seriali z serii CSI, dziejących się w trzech różnych miastach. Z tym, że w tym wypadku miast i policyjnych teamów jest obecnie siedemnaście -- tak więc jeżeli ktoś jest szczególnym fanem jakichś konkretnych bohaterów czy miasta, może się zdarzyć, że na kolejny odcinek z ich właśnie udziałem będzie musiał czekać czasem aż pół roku (tak jest na przykład w przypadku jedynej serii, którą, za radą Czytaczki Moniki, prześledziłam w całości -- i w związku z tym jedynej, którą mogę z czystym sumieniem polecić -- serii münsterskiej, w której produkowane są dwa odcinki rocznie. Od znajomych słyszę, że to seria wyjątkowa na tle innych "Tatortów", ze względu na bohaterów, relacje między nimi, jakość scenariuszy i aktorstwa).

"Tatort" jest zarazem serialem z bardzo długą historią: pierwszy odcinek, zatytułowany "Taxi nach Leipzig", wyemitowano 29 listopada 1970 roku i, co ciekawe, od tamtego czasu nie zmieniono czołówki. To ją właśnie podziwiać można na początku niniejszego posta -- jest bardzo vintage. Jak więc widać, tradycja coniedzielnego oglądania "Tatort" miała już dużo czasu, żeby się utrwalić. Oczywiście, przez te czterdzieści lat emisji zmieniały się miejsca akcji serialu i bohaterowie -- starzy odchodzili, a na ich miejsce przychodzili nowi. Na przykład zeszłej niedzieli do miejsc zbrodni dołączył Hamburg, gdzie głównego bohatera gra Til Schweiger (sądząc po tym pierwszym odcinku ta nowa hamburska seria wygląda mi jednak bardziej jak kino sensacyjne, w którym problemy rozwiązuje się strzelając do wszystkiego, co się rusza w nadziei, że w końcu trafi się na właściwego złoczyńcę niż jak typowy serial kryminalny ze zbieraniem śladów, przesłuchiwaniem świadków i wyciąganiem wniosków). Inną ciekawostką jest to, że dwa odcinki dla serii kilońskiej napisała jedna ze sław szwedzkiego kryminału, Henning Mankell. Jeszcze inną -- że podobno w jednym odcinku w latach 90. pojawił się, w ramach specyficznego crossoveru między niemieckimi a polskimi serialami, Marek Kondrat jako komisarz Halski.

Obiecałam sobie, że moje antropologiczne doświadczenie pobytu w Niemczech nie będzie pełne, jeżeli przynajmniej raz nie wybiorę się na publiczny pokaz serialu. Bo nawet u mnie w Greifswaldzie jest taka możliwości, mimo że "Tatort" nie dzieje się nigdy w tych okolicach. W ogóle, Niemcy wschodnie są pod tym względem niedoreprezentowane, a to dlatego, ponieważ oryginalnie była to produkcja zachodnioniemieckiej telewizji. NRD miało swój własny odpowiednik -- "Polizeiruf 110" -- również produkowany do dzisiaj, ale mniej popularny.

"Tatort" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Oficjalna strona


sobota, 9 marca 2013

Zapowiedzi: Nowe odcinki "Doktora"


To chyba będzie oficjalnie druga połowa siódmej serii, ale pewna nie jestem, bo przy tej nowej modzie na ciachanie sezonów na połowy już nawet ja się gubię. Tym bardziej, że ostatnio coś straciłam dla tego serialu zainteresowanie -- przeczekuję z nadzieją, że prędzej czy później będą musieli zmienić głównego scenarzystę...

czwartek, 24 stycznia 2013

Zapowiedzi: Piąta seria "Being Human"


Nowa, a zarazem ostatnia seria "Being Human" zaczyna się 3 lutego. Niby koncept pozostaje ten sam, co oryginalnie -- duch, wampir i wilkołak dzielą mieszkanie -- ale o ile na początku rzecz się rozchodziła głównie o osobiste życie bohaterów, od poprzedniej serii akcja zmierza coraz bardziej w kierunku obrony świata przed zagładą. Nie mówiąc już o tym, że nastąpiła całkowita wymiana obsady. Szkoda, że już przyjdzie się z nią pożegnać.