czwartek, 29 grudnia 2011

Anno 1790 (2011)



Zdaję sobie sprawę, że większości Czytaczy język naszych północnych sąsiadów nie jest znany i w związku z tym mogą mieć spore problemy z odbiorem niniejszego serialu. Nie wykluczam jednak, że komuś na przykład wpadnie w ręce DVD z angielskimi napisami albo polska telewizja go zakupi w ramach europejskiej współpracy (i puści zapewne koło północy i co gorsza z -- the horror! the horror! -- lektorem). Licząc na taką ewentualność, mimo wszystko postanowiłam skreślić parę słów na temat tego serialu.

Zwróciłam na niego uwagę, ponieważ szwedzkie produkcje historyczne to raczej rzadkość. A tu rzecz dzieje się, jak tytuł wskazuje, pod koniec wieku XVIII, w ostatnich latach panowania Gustawa III. W tym czasie król porzucił już oświeceniowe reformy z początku swoich rządów, zajął się za to umacnianiem swojej władzy i tępieniem nastrojów rewolucyjnych. Za dwa lata zostanie zamordowany, ale o tym jeszcze oczywiście ani on, ani bohaterowie serialu nie wiedzą. Właśnie zakończyła się wojna z Rosją -- z niej to wraca niejaki Johan Gustav Dåådh, lekarz polowy, wolnomyśliciel i racjonalny człowiek oświecenia. W Sztokholmie wchodzi w kontakt z rodziną policmajstra Carla Fredrika Wahlstedta i wkrótce dostaje od niego propozycję stanowiska w służbie policyjnej. Dåådhowi nie podobają się wprawdzie rojalistyczne i konserwatywne poglądy Wahlstedta, ale za namową jego pięknej żony Magdaleny zgadza się (nieco za szybko, moim zdaniem), doszedłszy do wniosku, że może uda mu się zmienić system od środka. Tym samym jednak naraża się swoim znajomym-rewolucjonistom, którzy widzą to jako zdradę ideałów (choć sam Dåådh wprawdzie też ma poglądy republikańskie, ale zmiany chciałby zaprowadzić przez ewolucję, nie rewolucję). Jako asystent/służący/przyjaciel/comic relief zostaje mu przydany nauczyciel dzieci Wahlstedtów, pietysta o melancholijnym usposobieniu i skłonności do butelki, Simon Freund. I tak przez dziesięć odcinków nasz bohater będzie się zajmował rozwiązywaniem zagadek kryminalnych, lawirowaniem między pracodawcami a rewolucjonistami, słaniem tęsknych spojrzeń w kierunku Magdaleny Wahlstedt, ukrywaniem piersiówki Freunda i obnoszeniem miny pełnej weltschmerzu.

Serial to ciekawy, choć niepozbawiony wad. Główną wadą jest to, że akcja snuje się miejscami trochę zbyt ospale; nie brak jest tu scen pełnych prawdziwie skandynawskiego dramatyzmu, jak na przykład taka oto scena z końca odcinka trzeciego:

Dåådh i Freund siedzą na swojej kwaterze, popijając i prowadząc nocne Szwedów rozmowy o miłości i kobietach.
Freund: Weź na przykład takich Wahlstedtów. Czy to nie jest prawdziwa miłość? A ona! Co za kobieta!
Dåådh [patrzy z bólem i goryczą]: Wiem...
Freund [patrzy trochę pytająco, ale trochę już z błyskiem zrozumienia, mimo alkoholowego przymroczenia]
Dåådh [nadal patrzy z bólem i goryczą]
Freund: Ty kochasz Magdalenę!
Dåådh [patrzy znacząco, z bólem i goryczą]
Freund [zasypia]

Istny Bergman!

Poza tym całość ma trochę atmosfery teatru telewizji, co zapewne jest wynikiem ograniczonego budżetu, niepozwalającego na rozbudowane plany zdjęciowe w studiu albo zbyt wiele komputerowych ingerencji w scenerię. Rzecz kręcona jest więc częściowo na sztokholmskim starym mieście, w wąskich planach pozwalających ukryć, że jednak coś niecoś się tam pozmieniało od roku 1790 (podobno największy problem ekipie sprawiały rynny, których wtedy nie było). Zadanie ułatwia fakt, że -- jak na kryminał przystało -- rzecz prawie cały czas dzieje się a to w nocy, a to wśród mgieł, dymów i padającego śniegu (większość akcji dzieje się zimą). A szerokie ujęcie miasta ma wymazane komputerowo tło, żeby ukryć kamienice Södermalm i innych wysp oraz jachty i wiadukt, po którym jeździ metro. Nadal jednak da się rozpoznać wiele kamienic, co dodaje -- widzom, którzy w Sztokholmie mieszkają lub kiedykolwiek mieszkali (jak niżej podpisana) -- ciekawego smaczku. Dlatego też zresztą do pewnego stopnia to właśnie ukazanie osiemnastowiecznych realiów, mimo ograniczonych środków, zaliczyć jestem skłonna na plus serialu.

Podsumowując -- szału może nie ma, ale rzecz jest ciekawa i jeżeli SVT zdecyduje się nakręcić kolejny sezon (zakończenie pierwszego sugeruje możliwość kontynuacji), to chętnie obejrzę. Ciekawa jestem tylko, czy wtedy zmienią tytuł serialu na "Anno 1791".

"Anno 1790" na:
IMDb
Wikipedii

Oficjalna strona

niedziela, 25 grudnia 2011

Kind Hearts and Coronets (1949)



Na Święta nada się jakaś staroć. Ale żeby nie było zbyt błogo -- będzie to stara czarna komedia. W której już w pierwszej scenie kat stwierdza, że pora kończyć karierę, bo po latach wieszania na jedwabiu sznur konopny to już zupełnie nie to samo, ale cieszy się, że na zakończenie kariery przypadnie mu przynajmniej stracić prawdziwego księcia. Książęcy tytuł tego ostatniego jest zresztą ważnym elementem fabuły i w zasadzie głównym powodem, dla którego ma on skończyć na szubienicy.

Louis Mazzini, bo tak się główny bohater nazywa, jest synem arystokratki i włoskiego śpiewaka. Rodzina matki, stwierdziwszy, że popełniła ona niewybaczalny mezalians, odcięła się od niej, skazując ją i jej syna na ubóstwo oraz pielęgnowane wytrwale przez całe życie zgorzknienie. Gdy zgorzknienie to pogłębia jeszcze śmierć matki oraz zawód miłosny, nasz bohater postanawia nie tylko dopomnieć się o swoje, ale sięgnąć po sam tytuł książęcy. Musi jednak przedtem pozbyć się ważnej przeszkody w realizacji tego planu -- a właściwie przeszkód: ośmiu osób stojących w kolejce do tytułu przed nim. Które wszystkie, w tym jedną kobietę, gra Alec Guinness.

Komedia to bardzo zabawna, głównie za sprawą kontrastu między zbrodniczymi czynami głównego bohatera a po arystokratycznemu suchym i zdystansowanym tonem, jakim o nich opowiada (prawie cały film ma formę memuarów spisywanych przez czekającego na egzekucję Louisa, wypełnionych takimi bon motami jak "But weekends, as life, are short"). Louis zachowuje się zresztą najbardziej arystokratycznie z całego przedstawionego w filmie arystokratycznego towarzystwa, nawet gdy jest jeszcze zwykłym subiektem, pięknie zamieniając całość w parodię tej warstwy społecznej. A na dodatek do tego wszystkiego jest jeszcze przewrotne zakończenie. Które w wersji na rynek amerykański podobno zmodyfikowano, a właściwie dopowiedziano, bo oryginalne jest otwarte, a obowiązujący w Ameryce Kodeks Haysa nie dopuszczał ewentualności, żeby złoczyńcy jego złoczynienie mogło ujść na sucho.

Znajomi:
Nie można mówić o tym filmie i nie zatrzymać się na ośmiu kreacjach Guinnessa! Ze względu na nikły stopień zaawansowania ówczesnej techniki filmowej stanowiły one wyzwanie nie tylko aktorskie, ale i właśnie techniczne -- krótką scenę, w której widać prawie wszystkie postaci na raz kręcono dwa dni, naświetlając kilka razy tę samą kliszę.

"Kind Hearts and Coronets" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

środa, 21 grudnia 2011

Zapowiedzi: Druga seria "Sherlocka" 2

Na kilka dni przed premierą nowej serii "Sherlocka" (1 stycznia 2012), BBC wypuściło serię krótkich zwiastunów:





A jakby komuś tego było mało, może dodatkowo obejrzeć sobie dwa fragmenty z pierwszego odcinka serii, "A Scandal in Belgravia". Z Sherlockiem w dezabilu:)

niedziela, 18 grudnia 2011

Tinker, Tailor, Soldier, Spy (1979)



Nie udało mi się znaleźć żadnego oficjalnego zwiastuna omawianego tu serialu -- nic w tym zresztą dziwnego, skoro rzecz jest starsza ode mnie -- ale powyższy jest na tyle dobry, że złamię swoją własną regułę, żeby nie umieszczać tu zwiastunów fanowskich. Nawiązuje on oczywiście bardzo wyraźnie do filmu granego obecnie w naszych kinach pod boleśnie banalnym polskim tytułem "Szpieg", najnowszej adaptacji powieści Johna le Carré, która, ku mojemu wielkiemu zdegustowaniu, została ostatnio wznowiona pod tym właśnie zmienionym tytułem. Serial, o którym chciałam dzisiaj napisać, pochodzi z czasów zanim ten szkodliwy trend do uśredniania, upraszczania i banalizowania wkradł się na nasz rynek i w związku z tym nosi on polski tytuł wierniejszy oryginałowi i taki, pod jakim książka pierwotnie się u nas ukazała: "Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg".

Po serial sięgnęłam, jak łatwo się domyślić, po obejrzeniu nowego filmu, z chęci porównania obydwu adaptacji. I od razu może powiem, że porównanie wypada, moim skromnym zdaniem, na korzyść filmu. Może to wina tego, że film zobaczyłam najpierw, a może wychodzi tu na jaw moje skrzywienie estetyczne: te wymuskane i dopracowane ujęcia, tworzące unikalną, chwytającą widza atmosferę podbiły po prostu moje serce bardziej niż wyblakłe już ze starości kolory serialu i odpychające twarze większości aktorów (tak, płytka jestem, wiem...). Z drugiej strony, ponieważ serial ma do dyspozycji prawie pięć godzin zamiast dwóch, może sobie pozwolić na rozwinięcie wątków i dopowiedzenie historii bohaterów. Wielu z tych bohaterów i relacji między nimi odbiera się zresztą, mam wrażenie, nieco inaczej niż w filmie, choć ponieważ nie czytałam książki, nie jestem w stanie powiedzieć, czy bliżej niej czy dalej. Jednak o ile się orientuję, pod wieloma względami to serial jest wierniejszą adaptacją -- wciąż się zastanawiam na przykład, jakie powody kierowały twórcami wersji kinowej, kiedy zamienili Brno na Budapeszt i Lizbonę na Stambuł (dogodne warunki filmowania? Markowi Strongowi łatwiej było się nauczyć paru zdań po węgiersku niż po czesku?) oraz zrobili z Petera Guillama homoseksualistę...

Przy okazji oglądania obydwu wersji naszła mnie refleksja, że wzornictwo lat 60. i 70. było straszne niezależnie, po której stronie żelaznej kurtyny. A także -- to chyba skrzywienie po oglądaniu "Spooks" -- zdziwienie, jak oni sobie w ogóle radzili z tym szpiegowaniem bez nowoczesnej techniki i elektroniki??

Podsumowując, serial ten polecam, jeżeli ktoś po obejrzeniu filmu czuje niedosyt i oczekiwałby pełniejszego rozwinięcia wątków (czy też może wyjaśnienia niejasności scenariusza, bo ponoć niektórym śledzenie jego zawiłości sprawia problemy), albo chciałby czegoś bliższego literackiemu oryginałowi. Albo fanom Aleca Guinnessa.

Znajomi:
No właśnie, Alec Guinness. Jak dla mnie największy atut starszej adaptacji i jedyny element, w którym z powodzeniem może rywalizować z nową. Z innych znajomych jest tu Patrick Stewart w małej, ale bardzo znaczącej roli. Poza tym, jak właśnie z szokiem odkryłam zagłębiając się w otchłanie IMDb, niejaki Hywel Bennett, tutaj odgrywający szpiega-playboya Ricky'ego Tarra, zagrał później pana Croupa w "Neverwhere". Oj, nieładnie się pan Hywel zestarzał...

Czytaczom z Poznania polecam też nasłuchiwać, jakim tonem wspomina się o ich rodzinnym mieście w odcinku trzecim:) A ja tymczasem idę poszukiwać kontynuacji, "Ludzi Smileya", w której pojawia się też (choć chyba tylko na chwilę) Alan Rickman.

"Tinker, Tailor, Soldier, Spy" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Na koniec chciałam też dodać, że na dźwięk kryptonimu jednego z bohaterów -- Control -- moje skojarzenia pobiegły od razu w kierunku serii skeczów panów Fry'a i Laurie'ego. Gdyby u le Carrégo zastosowano podobne metody śledcze, o ile ułatwiłoby to wszystkim życie...!

sobota, 17 grudnia 2011

Zapowiedzi: Brytyjska telewizja na Święta

Oto, co swoim telewidzom szykuje na Boże Narodzenie BBC:


oraz ITV:


Czyli jeszcze trochę scen ze świątecznych odcinków "Doktora" i "Downton Abbey", a poza tym między innymi "Great Expectations" dla fanów Charlesa Dickensa, Gillian Anderson i Davida Sucheta, "The Borrowers" dla fanów Stephena Fry'a i Christophera Ecclestona oraz "Lost Christmas" dla fanów Eddiego Izzarda.

czwartek, 15 grudnia 2011

Arn Tempelriddaren (2007) & Riket vid vägens slut (2008)





Filmowcy jakoś upodobali sobie wiek XII i w porównaniu do otaczających go wieków jest stosunkowo często reprezentowany, również na niniejszym blogu. U angielskich filmowców jest to nawet zrozumiałe: wszak to u nich czasy Anarchii, Ryszarda Lwie Serce, Robin Hooda. Jednak w ramach kolejnych prób przełamania anglosaskiego monopolu sięgam dziś po pozycję z innej części Europy -- ze Szwecji -- a również dziejącą się w tym samym czasie. Nie znaczy to bynajmniej, że w Szwecji był to okres nieciekawy: przez długie lata trwały walki o władzę między rodami Swerkerydów i Erykidów (na których ostatecznie skorzysta ród trzeci -- Folkungów), odchodziły powoli porządki z czasów wikińskich i wyłaniała się Szwecja jako europejski kraj. Z tym, że w przypadku Szwecji mamy na temat tych czasów dużo mniej pewnych informacji niż na Wyspach Brytyjskich, stąd twórcy literatury i filmu mogą popuścić wodze fantazji i wprowadzić nowe postaci i motywy (nie, żeby Brytyjczycy tego nie robili...). Na przykład postać Arna Magnussona, młodego człowieka z rodu Folkungów, przyjaciela i krewnego królów i najwyższych możnych, który zostaje krzyżowcem i Templariuszem w Ziemi Świętej, a po powrocie do ojczyzny przyczynia się do ustanowienia w końcu porządku w państwie i skopania tyłka Duńczykom, odwiecznemu arcywrogowi Szwedów.

Arna Magnussona wymyślił szwedzki pisarz Jan Guillou, który zasłynął głównie powieściami szpiegowskimi i książką "Zło" -- wiele z nich zostało zekranizowanych ("Zło" było nominowane do Oscara). Zekranizowana została także trylogia o Arnie* -- w formie dwóch filmów, z których pierwszy był nawet wyświetlany w Polsce, pod wyjątkowo paskudnym tytułem. Rzecz to nieźle zrealizowana, ładnie sfilmowana, wyprodukowana w międzynarodowej koprodukcji, dzięki czemu dysponująca sporym budżetem, pozwalającym między innymi na kręcenie w Maroku i rozmach, który ostatnio zwykło się nazywać z amerykańska epickim (choć to określenie w gruncie rzeczy idiotyczne...). Całkiem też nieźle scenarzyści poradzili sobie ze skoncentrowaniem wielowątkowej, rozbudowanej fabuły książkowego oryginału, udała im się nawet trudna sztuka przedstawienia bohatera, który jest niemal pozbawiony wad, a mimo to nie drażni, oraz relacji między dwójką głównych bohaterów, która jest relacją romantyczną, a mimo to nie wywołuje u mnie ziewania. Ach, jak by się chciało, żeby polscy filmowcy umieli tworzyć superprodukcje takiej jakości!

Mimo wszystko dodać gwoli ścisłości muszę, że wolę książki.

* Trylogia, składająca się z książek "Vägen till Jerusalem" (Droga do Jerozolimy), "Tempelriddaren" (Templariusz) i "Riket vid vägens slut" (Królestwo na końcu drogi), ma również sequel pt. "Arvet efter Arn" (Dziedzictwo Arna). Co właściwie czyni cały cykl tetralogią, ale czwarta część dzieje się już po śmierci Arna Magnussona, a jej bohaterem jest Birger jarl, postać historyczna, mąż stanu, któremu przypisywane jest między innymi założenie Sztokholmu. Guillou uczynił z niego wnuka Arna.

Znajomi:
Nawet jeśli ktoś nie orientuje się w szwedzkiej kinematografii, może zobaczyć tu znajome twarze. Na przykład występującego chyba w co drugim szwedzkim filmie, a już z pewnością prawie każdym dystrybuowanym w Polsce, z trylogią Millenium na czele, Mikaela Nyqvista. Albo Stellana Skarsgårda, bo on grywa dość często i w hollywoodzkich filmach, np. w "Piratach z Karaibów", "Mamma Mia!" (a ostatnio karierę zaczyna tam też jeden z jego synów, Alexander). Dwaj inni synowie, Gustaf i Bill, również grają w filmach o Arnie (Gustaf także np. w "Źle"). Ale są tu też nieszwedzcy aktorzy -- o grającym wielkiego mistrza Templariuszy Stevenie Waddingtonie już wspominałam przy okazji "Robin Hooda". A poza tym można tu zobaczyć Vincenta Péreza w roli brata Guilberta -- który obsadzony jest niby zgodnie z narodowością, ale z jakichś przyczyn mówi po angielsku. Tak samo zresztą, jak i reszta występujących w tym filmie Franków, Saracenów i innych grup etnicznych. Oczywiście, można argumentować, że angielski jest współczesnym odpowiednikiem lingua franca, a gdyby aktorzy mieli mówić po francusku, to też niewiele by miało wspólnego z ówcześnie mówionym językiem (a łacina to już w ogóle byłaby niepraktyczna). Ale z drugiej strony dzisiejsza szwedczyzna (jak również duńszczyzna oraz norweżczyzna (piękne słowa!)), którą mówią bohaterowie, gdy rzecz dzieje się w Szwecji, też niewiele ma wspólnego ze szwedczyzną (duńszczyzną, norweżczyzną -- abstrahując już od tego, że nie były to jeszcze wtedy wyraźnie oddzielne języki) dwunastowieczną. No i po co było zatrudniać Francuza?

"Arn Tempelriddaren" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

"Riket vid vägens slut" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Oficjalna strona filmów

piątek, 9 grudnia 2011

Ekipa (2007)




Postępuję na tym blogu niezwykle niepatriotycznie. Pora to zmienić i napisać wreszcie o czymś polskim. Wytężyłam w tym celu umysł i pamięć, myślałam długo i intensywnie, aż w końcu wymyśliłam przykład polskiego serialu, który mogę z czystym sumieniem polecić. Serial ten nosi tytuł "Ekipa" (nie mylić z amerykańskim serialem "Entourage", który w Polsce nosi ten sam tytuł) i stworzyło go doborowe trio: Agnieszka Holland -- Magdalena Łazarkiewicz -- Kasia Adamik. Jest to political fiction ze świata polskiej polityki na najwyższym szczeblu, opowiadające o nowym premierze, ściągniętym z prowincji, kiedy dotychczasowy musi odsunąć się z powodu pojawienia się jego tak zwanej teczki. Nowy nie jest politykiem, a profesorem ekonomii, człowiekiem z zewnątrz wszelkich układów, co będzie dla niego czasem przeszkodą, a czasem pomocą na nowym stanowisku. Reszta serialu opowiadać będzie o przejściach premiera i jego tytułowej ekipy w wykonywaniu niewdzięcznego zadania rządzenia naszym krajem.

Serial ten ma, co nieczęste u nas, porządny scenariusz, wiarygodnie brzmiące dialogi (no, może z wyjątkiem sceny rozmowy premiera z amerykańskim prezydentem, która lekko przyprawia o mdłości...) i jest dobrze zrealizowany. Zagrany zresztą też, ale przy tej obsadzie to już nie takie dziwne. Pokazuje również w ciekawy i przystępny sposób formalno-proceduralną stronę sprawowania rządów. Na dodatek jego emisja zbiegła się akurat z najczarniejszymi czasami IV RP, więc przedstawiona na ekranie wizja prowadzenia polityki wydawała się wówczas jeszcze bardziej niż zwykle atrakcyjna. Niestety, nie zapewnił sobie oglądalności dość dużej, żeby Polsat zamówił jego kontynuację i składa się z zaledwie jednej, 14-odcinkowej serii. Czyżby okazał się za dobry na polskie realia telewizyjne?

Znajomi:
Gra tu mnóstwo znanych aktorów, ale że nie oglądam polskich filmów i seriali, nie czuję z nimi na tyle emocjonalnej więzi, aby nazywać ich znajomymi:P

"Ekipa" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Maqbool (2003) & Omkara (2006)





Tym, którym na hasło "Bollywood" pojawiają się jedynie obrazy łzawych acz przesłodzonych melodramatów, wypełnionych pieśniami i tańcami w kolorowych kostiumach, przerysowanym aktorstwem i z obowiązkowym happy endem, poradziłabym przekonanie się, jak Bollywood radzi sobie z adaptacjami... tragedii Szekspira. A dokładniej, jak radzi sobie z nimi Vishal Bhardwaj, reżyser filmów "Maqbool" na podstawie "Makbeta" i "Omkara" na podstawie "Otella". I może od razu dodam, że radzi sobie świetnie, bo filmy te plasują się wśród lepszych adaptacji Szekspira, jakie zdarzyło mi się oglądać -- a obejrzałam ich całkiem sporo. Adaptacja "Otella" wręcz chyba podobała mi się bardziej niż ta Olivera Parkera, a to dużo powiedziane, zważywszy, że w tamtej grał sam Kenneth!

W obydwu filmach Bhardwaja akcja została przeniesiona do przestępczego półświatka współczesnych Indii. Świat to bezwzględny, więc gra idzie, jak w oryginale, na śmierć i życie. W mojej ocenie "Maqbool" jest z tych dwóch filmów lepszy, od początku do końca trzymający w napięciu, o gęstej atmosferze, z niezwykle sprytnie rozwiązanymi kwestiami trzech wiedźm i przepowiedni o lesie Birnam. A jednak "Omkara" podobał mi się bardziej, mimo że początek filmu trochę się dłuży -- za to nadrabia z nawiązką w świetnej końcówce -- bo jakoś bardziej pozwala emocjonalnie zaangażować się w los postaci (choć może to po prostu kwestia materiału wyjściowego).

Znajomi:
Filmy te stoją również świetnym aktorstwem, w tym w wykonaniu aktorów, po których bym się tego nie spodziewała, jak Saif Ali Khan (Langda, czyli Iago) czy Kareena Kapoor (Dolly, czyli Desdemona). Wiem, że większości Czytaczy nazwiska występujących tu aktorów niewiele mówią, ograniczę się więc do wymienienia kilku z tych, których można było zobaczyć w Polsce w ogólnie dystrybuowanych filmach. Na przykład odtwórcę głównej roli w "Maqbool", Irrfana Khana -- w takich filmach jak "Slumdog Millionaire", "Pociąg do Darjeeling" (tu tylko epizod. A swoją drogą, jak już dystrybutorzy przetłumaczyli tytuł tego filmu, to powinni chyba byli nie zatrzymywać się w pół drogi i dotłumaczyć do końca: "Pociąg do Dardżyling", tak bowiem się to miasto po polsku nazywa), czy "Imiennik". W tym ostatnim partnerowała mu Tabu, która partneruje mu również tutaj. Tabu wystąpiła też zresztą w kręconym częściowo w Zakopanem filmie "Fanaa" -- ach, połączenie podhalańskiej architektury i indyjskiej fabuły oraz aktorów było niezapomniane! W obu filmach pojawił się też Naseeruddin Shah, którego pamiętać może każdy, kto oglądał "Monsunowe wesele". A wspomniana Kareena Kapoor grała jedną z głównych ról w pierwszym filmie bollywoodzkim, który był w Polsce szerzej dystrybuowany i który chyba równie dużo widzów zachęcił do tej kinematografii, co trwale do niej zraził -- "Czasem słońce, czasem deszcz".

"Maqbool" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

"Omkara" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

piątek, 2 grudnia 2011

In Bruges (2008)



O niektórych filmach mówi się, że miasta, w których się rozgrywają, są jakby jednym z ich bohaterów. W przypadku filmu gangsterskiego można wówczas pomyśleć na przykład o Nowym Jorku, Los Angeles czy -- w Europie -- Londynie... Ale na pewno nie o cichym, średniowiecznym i to na dodatek belgijskim miasteczku, jakim jest Brugia! Ale też "In Bruges" nie jest typowym filmem gangsterskim. Jest filmem inteligentnym, ze świetnymi dialogami, wypełnionym czarnym humorem i odrobiną surrealizmu, a nawet, szczególnie w miarę zbliżania się do końca, metafizyką, z piękną muzyką Cartera Burwella. No i świetnie sfilmowanym, bo, jako się rzekło, Brugia, w której się rzecz rozgrywa, jest czymś więcej niż tylko tłem, a jej uliczki, kanały i kamienice ukazane są w sposób wydobywający ich urok (chociaż nie wiem, jak ekipie filmowej udało się uchwycić je takie puste -- tam jest pełno turystów!). Scenarzysta i reżyser Martin McDonagh twierdzi, że pomysł na film wpadł mu do głowy, gdy zwiedzał Brugię i z jednej strony był zachwycony jej zabytkami, a z drugiej -- znudzony tym, że nic tam się nie dzieje. Te właśnie dwa skrajne odczucia reprezentują dwaj główni bohaterowie filmu: starszy Ken i młodszy Ray. Choć dodać trzeba, bez zbytniego spoilerowania, że zły humor tego drugiego wynika z czegoś więcej niż tylko ze znudzenia.

Nie wiedzieć czemu film ten przeleciał przez nasze kina dość szybko i niepostrzeżenie, może miał z tym coś wspólnego dość koślawy polski tytuł -- choć przyznać trzeba, że wyjątkowo nie był to tak do końca wymysł polskiego dystrybutora: to po prostu tłumaczenie oryginalnego hasła promującego produkcję. W każdym razie szkoda, bo to dobry film i bardzo go lubię. A już zwiedzanie Brugii po jego obejrzeniu jest przeżyciem wyjątkowym, czemu dałam wyraz na moim pierwszym blogu.

Znajomi:
Aktorskie trio Brendan Gleeson -- Colin Farell -- Ralph Fiennes ogląda się tu świetnie. A w jednej scenie, usuniętej z ostatecznej wersji filmu, pojawia się nawet Matt Smith jako młodsza wersja Ralpha Fiennesa.

"In Bruges" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Pierwsza część na YT