piątek, 31 maja 2013

Wonderfalls (2004)

Fakty, które były mi znane o serialu "Wonderfalls" zanim zdecydowałam się go obejrzeć, były następujące: jednym z jego pomysłodawców był Bryan Fuller, twórca m.in. "Pushing Daisies", opis fabuły wydawał się dziwaczny, grał w nim Lee Pace i nakręcono tylko jeden sezon, co, jak podpowiada doświadczenie, często znaczy, że serial jest oryginalny. Wszystkie te fakty razem i każdy z osobna uznałam za zachęcające i mniej więcej pół godziny po tym, jak dowiedziałam się o istnieniu tego serialu, zaczęłam oglądać pierwszy odcinek.

Wspomniana dziwaczność fabuły polega na tym, że główna bohaterka, Jaye Tyler, stroniąca od głębszej interakcji z otoczeniem absolwentka filozofii prestiżowego uniwersytetu, która jednak -- zamiast podążać za karierą wzorem swojej rodziny -- zdecydowała się pracować jako sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami nad wodospadem Niagara, pewnego dnia zaczyna słyszeć głosy. Konkretnie, plastikowe i pluszowe zabawki w jej sklepie zaczynają jej wydawać polecenia, zwykle wymagające wyjścia z bezpiecznej skorupki, w której Jaye się zamknęła. Świat tu przedstawiony jest zakręcony i na wpół fantastyczny, bohaterowie pełni dziwactw, dialogi zabawne, a ogólna atmosfera przypomina nieco wspomniane "Pushing Daisies". "Wonderfalls" nie jest wprawdzie serialem równie dobrym, ale widać już, w jakim kierunku Fuller zmierzał i to również się całkiem przyjemnie ogląda.

Znajomi:
Oprócz wspomnianego Lee Pace'a (który niestety gra tu rolę ledwie drugo-, czy wręcz trzecioplanową), w epizodach przewija się więcej aktorów z "Pushing Daisies". A także na przykład Kaylee z "Firefly".

"Wonderfalls" na:
IMDb

Zwiastuna nie znalazłam, ale za to jest teledysk:

wtorek, 28 maja 2013

Once Upon A Time (2011- )



Naszła mnie ochota na fantastyczny eskapizm, postanowiłam więc dać szansę serialowi, który kiedyś obił mi się o oczy podczas łażenia po internetach. Nie spodziewałam się, że tak mnie wciągnie.

W dniu dwudziestych ósmych urodzin głównej bohaterki "Once Upon A Time", Emmy, na jej progu staje dziesięcioletni chłopiec, który oświadcza, że jest jej synem, oddanym zaraz po urodzeniu do adopcji. Jakby tych rewelacji było mało, dzieciak twierdzi na dodatek, że mieszkańcy miasteczka Storybrooke, z którego właśnie przyjechał, to naprawdę postaci z baśni, ofiary klątwy złej królowej, która uwięziła wszystkich w naszym świecie, na dodatek pozbawiając ich pamięci swoich prawdziwych osobowości i poprzedniego życia. Emma zaś ma być córką Królewny Śnieżki i jedyną szansą na złamanie klątwy. Bohaterka wprawdzie nie wierzy w tę fantastyczną opowieść, ale daje się przekonać do odwiezienia chłopca do domu, a potem, również na jego prośbę, postanawia zostać w miasteczku na jakiś czas. I tu zaczynają się problemy, bo adopcyjną matką małego Henry'ego okazuje się trzęsąca całym miasteczkiem pani burmistrz, która ani myśli dzielić się synem z nagle odnalezioną naturalną matką i od pierwszej chwili pała do niej niechęcią. No i według opowieści chłopca jest złą królową odpowiedzialną za rzucenie klątwy.

Mimo sceptycyzmu Emmy, dla widza od początku jest jasne, że Henry ma rację -- mieszkańcy Storybrooke naprawdę byli kiedyś postaciami z baśni. W kolejnych odcinkach serialu mamy okazję oglądać nie tylko zmagania Emmy i innych bohaterów z panią burmistrz w naszym świecie, ale też, w serii niechronologicznych retrospekcji, wydarzenia w świecie baśniowym, które doprowadziły w końcu do fatalnej klątwy. I nawet, zaskakująco, wszystko to -- oba światy oddzielnie i razem -- dosyć trzyma się kupy, przynajmniej w pierwszym sezonie. Całkiem niezłą frajdą jest też oglądać, jak twórcy poprzerabiali tu znane baśnie oraz próbować zgadnąć, kto jest kim. Przy czym baśnie się ze sobą zazębiają i na siebie nachodzą (np. Królewna Śnieżka i Czerwony Kapturek są serdecznymi przyjaciółkami), czasem do tego stopnia, że jeden bohater jest jednocześnie postacią z więcej niż jednej opowieści (np. Rumplestiltskin* jest również Bestią z "Pięknej i Bestii" oraz metaforycznym krokodylem, któremu kapitan Hak z "Piotrusia Pana" zawdzięcza swój pseudonim).

Owszem, ma ten serial trochę wad. Tak, w drugim sezonie fabuła zaczyna stawać się dziurawa jak sito. Tak, aktorstwo pozostaje miejscami wiele do życzenia. Tak, postaci i wydarzenia bywają tak przerysowane, że czasem ciężko zachować powagę -- szczególnie postaci negatywne (a kapitan Hak używa więcej eyelinera niż Guy z Gisborne;)). Tak, bywa, że od dialogów marszczy się skóra, a częstotliwość kwestii o True Love (niemal słychać wielkie litery za każdym razem, gdy wypowiadane są te słowa) i padania sobie przez bohaterów w ramiona przyprawia o mdłości. Tak, twórcy często zdają się bazować bardziej na disneyowskich niż oryginalnych książkowych wersjach baśni. I zaczyna się doceniać brytyjski zwyczaj produkowania sześciu-ośmiu odcinków na sezon, dzięki czemu można się skupić na opowiedzeniu historii jak należy, zamiast rozmieniać się i rozmywać na nic niewnoszące wątki. Ale mimo tego wszystkiego, jakoś, serial ten po prostu wciąga!

A wkrótce ma się zacząć spin-off pt. "Once Upon a Time in Wonderland".

* Która to postać, jak właśnie wyczytałam w Wikipedii, w polskich tłumaczeniach braci Grimm nazywa się Titelitury, Hałasik lub Rumpelsztyk. Szczerze powiem, że nie znam tej baśni, więc żadne z tych imion jakoś szczególnie do mnie nie przemawia.

Znajomi:
Główną bohaterkę gra doktor Cameron z "House'a". Wypatrzeć też można całkiem poważnych aktorów z filmowym dorobkiem, na przykład Roberta Carlyle czy Barbarę Hershey.

"Once Upon A Time" na:

środa, 15 maja 2013

Historieätarna (2012- )


Zadaniem telewizji publicznej, jak wiadomo, jest spełnianie misji. Na przykład poprzez programy edukacyjne. Bywa nawet, że zdarzy się program, który jest nie tylko edukacyjny, ale też rozrywkowy. Że Brytowie potrafią zrobić coś takiego, to wiadomo od dawna. Ale okazuje się, że Szwedzi również -- na przykład w postaci programu pod tytułem "Historieätarna" (zresztą, szwedzkiej przeróbki brytyjskiego programu "The Supersizers Go..." produkcji BBC).

Przetłumaczenie tego tytułu jest pewnym wyzwaniem, jest to bowiem tak typowe dla języków germańskich złożenie. Osobiście waham się między "Pożeraczami historii" a "Historycznymi zjadaczami" -- w każdym razie chodzi o historię i o czynność jedzenia. Jak łatwo się więc domyślić, program koncentruje się na historii zwyczajów żywieniowych -- ale nie tylko na tym. Dwoje gospodarzy, Lotta Lundgren i Erik Haag, w każdym z sześciu odcinków odwiedzają inny okres z historii Szwecji: epokę mocarstwową (1611-1697), lata 70., czasy oskariańskie (koniec XIX wieku), lata 20., epokę wolności (1718-1772) i czas II wojny światowej. Przebierają się w stroje właściwe dla epoki, zamieszkują w odpowiednich domach, próbują dbać o zdrowie i higienę, próbują czynności i zwyczajów typowych dla czasów, no i, oczywiście, jedzą wyłącznie dania przyrządzone według przepisów znalezionych w historycznych książkach kucharskich. Poza tym również rozmawiają z zaproszonymi do programu gośćmi-ekspertami: historykami, kostiumologami, dziennikarzami, politykami, aktorami itd. Przy czym formuła programu zakłada, że chociaż jego gospodarze starają się prowadzić tryb życia najbliższy omawianej epoce, to jednak poruszają się po współczesnym Sztokholmie, a ich goście występują w XXI-wiecznych ubraniach, nawet jeżeli i oni są częstowani historycznymi potrawami. I tak możemy na przykład oglądać gospodarza programu w XIX-wiecznym garniturze podróżującego sztokholmską kolejką i wdającego się w pogawędkę z językoznawcą i komikiem Fredrikiem Lindströmem, w innym odcinku w XVIII-wiecznym stroju wyzywającego na pojedynek dziennikarza, który uraził jego honor w recenzji na swoim blogu, albo też gospodynię programu dyskutującą o zaletach i wadach gorsetów z aktorką Pernillą August przy uroczystej kolacji. No i próbę odtworzenia słynnej wieczerzy króla Adolfa Fryderyka, która skończyła się jego śmiercią (od razu uspokajam, że gość przeżył).

Muszę przyznać, że bardzo to pomysłowa formuła, pozwalająca twórcom programu stosunkowo małym kosztem przekazać w atrakcyjny sposób całkiem sporo interesujących historycznych informacji (choć oczywiście jest to historia nieco uproszczona na użytek przeciętnego widza). W temacie tytułowego jedzenia, na przykład, można się dowiedzieć, że przodkowie Szwedów pili ogromne ilości alkoholu, głównie piwa -- woda była przeważnie zbyt zanieczyszczona, żeby można było ją bezpiecznie pić, a kawy i herbaty przed XX wiekiem albo w ogóle nie znano, albo traktowano jako luksus. W związku z czym już na początku programu uprzedzono gospodarzy, że prawdopodobnie przez większość czasu będą wstawieni oraz borykać się będą z objawami odstawienia (ponieważ wszyscy dorośli Szwedzi są uzależnieni od kawy). Innym wynikiem eksperymentu jest również konstatacja, że najbardziej obrzydliwe jedzenie jadano w oświeceniu. Zawsze traktowałam tę epokę z pewną podejrzliwością.

Drugi sezon zapowiadany jest na rok 2014.

"Historieätarna" na Wikipedii

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Sharpe's Rifles (1993)

Jakiś czas temu krążył po internecie mem o tym, jakoby Sean Bean ginął w każdym filmie, w którym gra, zrobiony najwyraźniej przez kogoś, kto widział ze trzy filmy z tym aktorem i był straumatyzowany rozwojem wypadków w "Grze o tron". Aby więc zadać kłam powyższemu twierdzeniu, przedstawiam serię szesnastu filmów, w których bohater grany przez Seana Beana przeżywa całą wojnę, niezliczoną liczbę bitew, potyczek, pojedynków oraz rozprawiania się z osobistymi wrogami i choć odnosi wiele ran ciętych oraz postrzałowych (przynajmniej raz na film), to nigdy nie pozwala, żeby spowolniło go to na dłużej niż jeden-dwa dni albo spowodowało większe dolegliwości niż lekkie utykanie.

Richard Sharpe, bo tak właśnie się ten bohater nazywa, został wymyślony i opisany w serii powieści historyczno-przygodowych przez angielskiego pisarza Bernarda Cornwella, dziejących się w czasach, gdy mundury wojskowe projektowano chyba z założeniem, żeby najłatwiej było w nie celować przeciwnikowi oraz żeby zmieścić na nich największą możliwą ilość guzików. Część z tych powieści została zaadaptowana na filmy telewizyjne -- nie czytałam oryginałów, ale ponoć w wielu miejscach od nich odbiegające, a to z tego powodu, że czasami filmowcy kręcili szybciej, niż Cornwell pisał i musieli sami sobie dopowiadać dalsze ciągi (np. w przypadku części "Sharpe's Gold"). W nagłówku wymieniłam tylko tytuł pierwszego filmu z serii -- kolejne części powstały zaraz potem, w latach 90., plus dwie dodatkowe po prawie dziesięcioletniej przerwie. Wszystkie noszą tytuły według wzoru "Cośtam Sharpe'a": "Sharpe's Eagle" (1993), "Sharpe's Company" (1994), "Sharpe's Enemy" (1994), "Sharpe's Honour" (1994), "Sharpe's Gold" (1995), "Sharpe's Battle" (1995), "Sharpe's Sword" (1995), "Sharpe's Regiment" (1996), "Sharpe's Siege" (1996), "Sharpe's Mission" (1996), "Sharpe's Revenge" (1997), "Sharpe's Justice" (1997), "Sharpe's Waterloo" (1997), "Sharpe's Challenge" (2006) i wreszcie "Sharpe's Peril" (2008).

Tytułowego bohatera poznajemy w roku 1809, kiedy to ratuje on życie Arthura Wellesleya, przyszłego lorda Wellingtona, za co zostaje awansowany do stopnia porucznika. Stając się odtąd obiektem snobistycznej pogardy innych oficerów, oburzonych wyniesieniem tak wysoko prostego żołnierza, człowieka bez arystokratycznego pochodzenia i koneksji. W kolejnych filmach będziemy śledzić zmagania jego i jego dzielnej kompanii w czasie wojen napoleońskich i bezpośrednio po nich -- najpierw w walkach na Półwyspie Iberyjskim, potem po powrocie do domu, w Anglii, a na końcu w Indiach.

Jak można się spodziewać po tym, że to produkcja telewizyjna, producenci dysponowali dość ograniczonym budżetem, przez co czasem ma się wrażenie, że wojny napoleońskie polegały na tym, że pięćdziesięciu chłopa biło się w kółko o jeden wąwóz i pobliskie miasteczko. Zamiast na widowiskowości filmy opierać się muszą więc na scenariuszach i grze aktorskiej -- i o ile ta druga raczej nie zawodzi, to te pierwsze bywają bardzo nierówne (co specjalnie nie dziwi, przy szesnastu filmach). Oglądanie serii w zbyt dużych dawkach bywa prawdę mówiąc nużące, ze względu na powtarzalność fabuły i typów bohaterów.

Z drugiej strony, i te wspomniane pięćdziesięciu chłopa wydaje się zbędne, bo drużyna Sharpe'a z powodzeniem byłaby w stanie załatwić całą francuską armię samodzielnie, tacy są wspaniali i niemal niezniszczalni. A sam Sharpe! Ach, Sharpe! Kobiety za nim szaleją (wszystkie! W pewnym momencie zaczyna się to robić komiczne), jego ludzie gotowi są iść za nim w ogień, dowódcy go cenią, wrogowie nienawidzą z pasją, a gdy przemawia, za jego plecami powiewa brytyjska flaga.

Znajomi:
Oprócz odtwórcy głównej roli (który, nawiasem mówiąc, w ostatniej chwili zastąpił Paula McGanna, czyli ósmego Doktora) lista aktorów pojawiających się w serii o Sharpe'ie zawiera, aczkolwiek nie ogranicza się do: Briana Coxa, Daniela Craiga (ledwo dającego się rozpoznać w postaci sprzed dwudziestu lat!), Marca Warrena, Elizabeth Hurley, Emily Mortimer, Marka Stronga, Philipa Glenistera, Paula Bettany'ego, Toby'ego Stephensa, czy Juliana Fellowesa, czyli twórcy "Downton Abbey" (i to aż dwa razy -- po tym jak zostaje zabity w pierwszej części powraca w zupełnie innej roli w jednej z kolejnych).

"Sharpe" na:
IMDb
Filmwebie

A tu można obejrzeć całość.

sobota, 23 marca 2013

Shetland (2013- )



Z jakiegoś powodu fascynują mnie odległe wyspy na Atlantyku i mam życiową ambicję jak najwięcej z nich w życiu zwiedzić. Naturalnym jest więc, że gdy usłyszałam o produkcji BBC zatytułowanej od jednego z archipelagów północnej Europy, od razu mnie to zaintrygowało.

"Shetland" to dwuczęściowy kryminał, ekranizacja powieści Ann Cleeves "Red Bones" -- trzeciej w czteroczęściowej serii. Mamy tu niewielką wyspiarską społeczność, w której wszyscy są ze sobą jakoś związani -- zarówno więzami krwi czy przyjaźni, jak i skrywanymi od dziesięcioleci tajemnicami -- a zarazem w większości żyją na tyle od siebie nawzajem oddaleni, że ich poczynania nie mają świadków, mamy wietrzną, melancholijną atmosferę lądu na końcu świata, jednak zagęszczającą się w miarę jak sekrety wychodzą na światło dzienne, wplecioną historię wysp, wikingów, policjantów uzależnionych w swoich śledztwach od rozkładu promów, piękne wyspiarskie krajobrazy (choć można było je jeszcze lepiej wyeksponować, moim zdaniem) i smętną szkocką muzykę. Innymi słowy, jest atmosfera. Wyczytałam wprawdzie zarzut, że aktorzy mówią z akcentem ze Szkocji właściwej, zamiast z szetlandzkim, ale przyznam szczerze, nawet jeżeli ryzykuję tym samym wyjście na kulturową ignorantkę, że nie bardzo się tym przejmuję -- już użyty tu akcent czasem ciężko jest zrozumieć. Jeżeli BBC zdecyduje się zekranizować i pozostałe powieści z serii, chętnie się z wynikiem ich prac zapoznam.

"Shetland" na:


poniedziałek, 18 marca 2013

Tatort (1970- )


Na moim pierwszym blogu opisałam kulturowy fenomen niemieckiego serialu "Tatort" -- "miejsce zbrodni". Specyfika serii -- oprócz jej kultowego statusu -- polega na tym, że owo tytułowe miejsce zbrodni jest każdego tygodnia inne. W każdym z nich działa inny zespół policjantów borykających się z mniej lub bardziej lokalnymi problemami. Można to porównać do seriali z serii CSI, dziejących się w trzech różnych miastach. Z tym, że w tym wypadku miast i policyjnych teamów jest obecnie siedemnaście -- tak więc jeżeli ktoś jest szczególnym fanem jakichś konkretnych bohaterów czy miasta, może się zdarzyć, że na kolejny odcinek z ich właśnie udziałem będzie musiał czekać czasem aż pół roku (tak jest na przykład w przypadku jedynej serii, którą, za radą Czytaczki Moniki, prześledziłam w całości -- i w związku z tym jedynej, którą mogę z czystym sumieniem polecić -- serii münsterskiej, w której produkowane są dwa odcinki rocznie. Od znajomych słyszę, że to seria wyjątkowa na tle innych "Tatortów", ze względu na bohaterów, relacje między nimi, jakość scenariuszy i aktorstwa).

"Tatort" jest zarazem serialem z bardzo długą historią: pierwszy odcinek, zatytułowany "Taxi nach Leipzig", wyemitowano 29 listopada 1970 roku i, co ciekawe, od tamtego czasu nie zmieniono czołówki. To ją właśnie podziwiać można na początku niniejszego posta -- jest bardzo vintage. Jak więc widać, tradycja coniedzielnego oglądania "Tatort" miała już dużo czasu, żeby się utrwalić. Oczywiście, przez te czterdzieści lat emisji zmieniały się miejsca akcji serialu i bohaterowie -- starzy odchodzili, a na ich miejsce przychodzili nowi. Na przykład zeszłej niedzieli do miejsc zbrodni dołączył Hamburg, gdzie głównego bohatera gra Til Schweiger (sądząc po tym pierwszym odcinku ta nowa hamburska seria wygląda mi jednak bardziej jak kino sensacyjne, w którym problemy rozwiązuje się strzelając do wszystkiego, co się rusza w nadziei, że w końcu trafi się na właściwego złoczyńcę niż jak typowy serial kryminalny ze zbieraniem śladów, przesłuchiwaniem świadków i wyciąganiem wniosków). Inną ciekawostką jest to, że dwa odcinki dla serii kilońskiej napisała jedna ze sław szwedzkiego kryminału, Henning Mankell. Jeszcze inną -- że podobno w jednym odcinku w latach 90. pojawił się, w ramach specyficznego crossoveru między niemieckimi a polskimi serialami, Marek Kondrat jako komisarz Halski.

Obiecałam sobie, że moje antropologiczne doświadczenie pobytu w Niemczech nie będzie pełne, jeżeli przynajmniej raz nie wybiorę się na publiczny pokaz serialu. Bo nawet u mnie w Greifswaldzie jest taka możliwości, mimo że "Tatort" nie dzieje się nigdy w tych okolicach. W ogóle, Niemcy wschodnie są pod tym względem niedoreprezentowane, a to dlatego, ponieważ oryginalnie była to produkcja zachodnioniemieckiej telewizji. NRD miało swój własny odpowiednik -- "Polizeiruf 110" -- również produkowany do dzisiaj, ale mniej popularny.

"Tatort" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie

Oficjalna strona


niedziela, 4 listopada 2012

The Magic Flute (2006)



Zacznę od tego, że kompletnie nie znam się na operze. Przed obejrzeniem tego filmu widziałam w życiu tylko dwie: kiedyś w Wiedniu plenerowy seans "Cyganerii" i niedawno w Londynie "Nixona w Chinach" (i do dzisiaj nie przestaje mnie zadziwiać, jakie tematy można uznać za odpowiednie na operę). Mój wniosek po tych doświadczeniach jest taki, że może i jestem osobą nieczułą na prawdziwe piękno, ale nawet najwspanialsza muzyka nie jest mi w stanie zrekompensować nietrzymającej się kupy fabuły.

Jak łatwo się domyślić po tym wstępie, sentyment do opery nie był powodem, dla którego sięgnęłam po tę adaptację "Czarodziejskiego fletu". Nie, powody były inne: po pierwsze Kenneth Branagh, po drugie -- Stephan Fry. Fry przetłumaczył libretto Emanuela Schikanedera na angielski, obaj panowie napisali scenariusz, a Branagh rzecz wyreżyserował. Oczywiście, Kenneth nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził w akcję jakiejś zaskakującej koncepcji. W tym przypadku akcja opery przeniesiona została do scenerii inspirowanej okopami I wojny światowej, bohaterami są żołnierze i dowódcy walczących stron, a ostatecznym happy endem: zaprowadzenie pokoju. Widać, że Branagh i Fry próbowali usilnie nadać akcji jakiś sens -- cóż jednak, gdy możliwości dawane przez materiał wyjściowy są ograniczone, to i sukces umiarkowany. Jak wspomniałam, na operze się nie znam, tak więc wykonania pod względem muzycznym też oceniać nie będę. Cóż więc pozostaje, oprócz nazwisk twórców? Na przykład aspekty wizualne: otóż jest to film ładny i nakręcony z rozmachem. Poza tym -- sama idea. Pisałam już kiedyś, że doceniam odjechane pomysły. Ten, polegający na adaptacji Mozarta na film fantastyczno-wojenny, odjechany z pewnością jest. I być może właśnie dlatego jakoś, mimo wszystko, mnie ten film ujął.

Znajomi:
Z racji mojej nieznajomości świata operowego obsada filmu -- złożona ze śpiewaków operowych z różnych krajów -- jest mi nieznana. Z wyjątkiem starszej wersji Papageny, która nie śpiewa, zatem zagrać ją mogła pani Cropley z "The Vicar of Dibley". Poza tym, oczywiście, wspomniany reżysersko-scenariuszowy team.

"The Magic Flute" na:
IMDb
Wikipedii
Filmwebie